Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Transformers. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Transformers. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 30 kwietnia 2012

Transformers Animated

Transformers Animated
Rok Produkcji: 2007 - 2009
Liczba Odcinków: 39
Opening





Fabuła
              Na zakończenie mojego „wielkiego” maratonu sygnowanego marką Transformers zostało coś nieco bardziej kontrowersyjnego: Transformers Animated. Fabuły przybliżać raczej nie zamierzam, bo to to samo, co zawsze - Autoboty walczą z Decepticonami. Nic nowego i tym bardziej zaskakującego jak się na to spojrzy na pierwszy rzut oka. A jak się poświęci temu trochę więcej czasu, to też nie dostrzeże się wielu ciekawych wątków. Ale za to ogląda się ten serial z prawdziwą przyjemnością. Generalnie moje największe zarzuty do Animated wynikają głównie z powodu wielkiego hype’u jaki powstał przy okazji emisji odcinków i wycieków „nowych postaci” jakie miały się w serialu pojawić. No i fakt, że serial został anulowany w 3 sezonie emisji wcale nie pomaga, bo wiele ciekawszych wątków zostało przerwanych, a ich pseudo zakończenie uważam za uwłaczające. Szczególnie chodzi mi o wątek Blackarachni, który został zakończony wyjątkowo słabo, ale przy okazji w tym feralnym odcinku dodano sto ton nawiązań do Beast Wars i wszyscy (a szczególnie fani BW) byli zadowoleni. Ja nieszczególnie. Fabuła była całkiem ok, postacie i narracja też, ale zakończenie tego wątku, z niezłego epa zrobiło odcinek katastrofalnie słaby. Finał całego serialu również ma wszelkie symptomy zakończenia czegoś przed czasem: napisane na szybko i po łebkach, niektóre elementy wydawały mi się wymuszone i wymyślone na poczekaniu. No i prawdę powiedziawszy pod całą tą otoczką humoru, nawiązań i paru sympatycznych postaci seria ta nie ma wiele do zaoferowania. Tylko wprowadza coś nowego, to zaraz spada to na dalszy plan i nowe elementy są wykorzystywane stosunkowo rzadko. Fabuła w żaden sposób nie jest zaskakująca czy wyjątkowo porywająca. Jest poprawna, nieźle prowadzona, ale bez większych ambicji - taka typowa rzemieślnicza robota. Ale to nie opowieść w TF Animated jest najważniejsza, ale przede wszystkim tony nawiązań. Wręcz wylewające się z każdej sekundy nawiązania do poprzednich serii! I to wszystkich, nawet tych mniej popularnych, które nigdy nie opuściły Japonii. No i humor… Animated jest przerysowane i samoświadome, przez co tworzy kapitalną lekką atmosferę, dzięki której serię ogląda się doskonale i odcinki, mimo sporej wtórności, nie męczą. Dodatkowo poza przedstawianiem uniwersum Transformers w krzywym zwierciadle, mamy też sporo analogii do innych franczyz spod sztandaru Hasbro (m.in. Kucyki Pony).
              Oceniając poszczególne sezony Animated widać solidną pracę scenarzystów, którzy w pełni zasłużyli na swoją wypłatę (a czasami nawet na premię). Zdecydowanie najlepszy jest sezon nr 2. Trzeci dobrze się zaczął, ale decyzja o anulowaniu serialu spowodowała znaczny spadek poziomu. Pierwszy, mimo że w sumie najsłabszy, niewiele ustępuje kolejnym, służy ustabilizowaniu Transformerów na Ziemi i zbudowaniu relacji pomiędzy ludzkimi postaciami a Autobotami i ich przeciwnikami.

Postacie
             Na temat występujących postaci można napisać dużo dobrego, jak i wiele złego. Autoboty przestawiają się bardzo dobrze, każdy z nich jest interesujący. Każdemu też przypisano ciekawe backstory, które posłużyły do powstania jednych z najlepszych wątków pobocznych (nawet ciekawszych niż wątek główny). Podobało mi się szczególnie to, że Prime po raz pierwszy nie wyróżniał się tak mocno spośród podwładnych (podobnie zresztą jak Primal z BW), a jeszcze bardziej to, że nie był takim "bogiem" jak w G1 czy UT. Bulkhead rehabilitował u mnie to imię. Sympatyczny, niezdarny olbrzym. Prowl jest cóż… Prowlem z dodatkiem transformowego Ninjutsu (Metalikato). Ratchet również jest świetny i jego zrzędliwość przeszła już do kanonu, bo kolejne wcielenia tej postaci, także ukazane są z takim charakterem. Jedynie BBB jakoś nie przypadł mi do gustu. Był irytujący i, mimo że dostawał lekcję pokory w każdym odcinku z nim w roli głównej, przez całą serię niewiele się nauczył. Reszta drugoplanowych Autobotów jest zróżnicowana: Jazz jest kapitalny, Sentinel na swój sposób też jest sympatyczną postacią, nawiązującą do postaci Kleszcza (wygląd i aktor, który podkładał mu głos), Ultra Magnus zastąpił Optimusa w roli "boskiego" przywódcy. Reszta Botów (za wyjątkiem Omegi Supreme i Arcee) jest jedynie tłem, które zajmuje drugi i trzeci plan.
              Z Decepticonami udało się to, co nie udało się w UT - zrobić z nich postacie ciekawe, zabawne, a przy tym tworzyć klimat realnego zagrożenia dla głównych bohaterów serii. Taki Blizwing przez swoje roztrojenie osobowości jest prześmieszny, z drugiej strony jest skutecznym wojownikiem. Podobnie reszta Decepticonów, ze Starscreamem który wraz ze swoimi klonami jest wielkim nawiązaniem i pokazaniem w krzywym zwierciadle Seekerów z G1. Główny zły - Megatron - o dziwo został zrobiony całkiem przyzwoicie, głównie dzięki aktorowi który podkładał jego głos. Co prawda był przepakowany, ale wciąż w granicach zdrowego rozsądku, co trzeba chwalić bo lider Conów, poza mało oryginalnym charakterem, ma tendencje właśnie do przepakowania niemalże bez limitu.
              Pozostają jeszcze Transformery „neutralne”. Dinoboty są bardzo fajne, ale ich potencjał został całkowicie zmarnowany, zostawiając sporo niedosytu, a szkoda. Lockdown z kolei był świetną postacią, taki zły Clint Eastwood chcący zarobić na obu stronach konfliktu. Z Contructiconami mamy w zasadzie taką samą sytuacje jak w wypadku Dinobotów. Wreck-Gar też był tylko w dwóch odcinkach i mimo iż oba były bardzo udane, to wciąż czuć niedoszacowanie tej, jak i innych, postaci z poza głównej drużyny.
              Z ludźmi to osobny kryminał. Taki Fanzone jest świetny (jak tłumaczył różnice między machinofobią, a nienawiścią do maszyn ^^). Bardzo zabawni są również ludzcy przeciwnicy Autobotów z Headmasterem na czele, wszyscy oni nawiązują i ukazują w krzywym zwierciadle najróżniejsze ikony dziecięcej/młodzieżowej popkultury. Całość kupuję bez problemu.
              Główna postać „ludzka” - Sari - była w porządku przez pierwsze dwa sezony. W trzecim dorobili jej, nie wiadomo po co i na co, Cybertroński rodowód, co dla mnie całkowicie zaprzepaściło tę postać jak i cały sens jej występu w serialu. Może dlatego jej rola (poza początkiem 3 sezonu) została ograniczona bardzo drastycznie, a wielka szkoda bo była równie dobra jak Koji z RiDa czy Kiker z pierwszych epów Energonu.

Animacja i Muzyka
              Jeżeli chodzi o tę całą kontrowersyjność Animated to właśnie tu jest pies pogrzebany. Nie w fabule czy postaciach, jak wielu się zarzeka. Animacja jest… cóż "Cartoon Networkowa" ze wszystkimi tego zaletami i przywarami. Niektórym się podoba, innym już nie koniecznie (no bo jest taka „dziecinna”). Mnie osobiście oprawa wizualna Animated podeszła, doskonale wpasowała się w satyryczno–nawiązująco–parodiujący klimat całego serialu. Dużo gorzej by to wszystko wyszło, gdyby postarali się o bardziej realistyczną animację.
              Muzyka jest ok. Doskonale pasuje do serii i dozowana jest umiejętnie i z umiarem.

Podsumowanie
Animated w przeciwieństwie do swoich poprzedników nie chce być traktowana poważnie. To jeden wielki hołd dla wszystkich poprzednich serii TF. Niemniej mogli się nieco bardziej postarać przy pisaniu scenariuszy poszczególnych odcinków bo, mimo że wszystko jest zrobione poprawnie, jednak czuć tu wtórność.

Ocena
7,5 Tetsujina

poniedziałek, 2 kwietnia 2012

Transformers: Dark of the Moon




Transformers Dark of the Moon
Rok Produkcji: 2011
Czas Trwania: 157 minut
Trailer



Fabuła
            Pierwszy film mnie zawiódł, drugi wkurzył, a trzeci… cóż, jestem już całą franczyzą Transformers solidnie zmęczony. I tym razem znowu Bay obiecał, że ludzi będzie mniej, Transformerów więcej i ogólnie bardziej się wszyscy postarali niż przy poprzedniej produkcji. Osobiście nie zamierzałem się nabrać drugi raz na tą samą historię, Sunrise z Bandai i Zeonic Scanlation robią mnie w konia regularnie, więc mój limit naiwności został wyczerpany. Przy okazji premiery trzeciej części samotransformujących się robotów z planety Cybertron nie było żadnego zlotu ani spotkania, więc film w kinie sobie odpuściłem, bo nie dawałem wiary, że będzie choć trochę lepszy od ROTFu. Obraz w końcu wyszedł i na DVD/Blu-Ray i na VOD, zatem postanowiłem go obejrzeć... No i przyznać muszę, że byłem całkiem pozytywnie zaskoczony, choć i tak nie zmienia to faktu, że jest to również stosunkowo słaby film. Niemniej lepszy od dwóch pozostałych. Czy żałuje, że nie obejrzałem go w kinie w 3D? Nie. Nie był wart tych dwudziestu paru złotych, tylko po to by kilka strzałów wyskoczyło w moją stronę z ekranu.
            Fabuła nowego filmu to w zasadzie to samo, co mieliśmy w ROTF, tylko lepiej napisane. Zamiast matrycy mamy Space Brige, zamiast Fallena mamy Sentinela Prime’a… a Sam zamiast iść na studia szuka pracy - nic dodać, nic ująć. Toaletowy humor, choć wciąż mocno dający o siebie znać, wyraźnie zmniejszył swoją częstotliwość. Nawet Transformerów jest nieco więcej, choć wciąż ich dialogi to ułamek całości, a większość czasu musimy obserwować zmagania Sama w nowym miejscu zatrudnienia. Następnie zaś prowadząc śledztwo, o co tak naprawdę Deceptom chodzi, obserwujemy wciąż zwiększającą się jego dupkowatość i postępujące relacje ze swoją nową dziewczyną (jedyne co ją różni od Mikaeli to kolor włosów). Tymczasem dochodzi do największego zwrotu akcji w historii Bayformers, który skutkuje tym, że Autoboty muszą opuścić Ziemię, a ta staje w obliczu inwazji Decepticonów i tak dochodzi do bitwy o Chicago.
            Generalnie DOTM cierpi na takie same bolączki jak poprzednie dwa filmy, tyle że jakby to ująć... mniej one rażą. Widać, że tutaj jednak scenarzyści chociaż trochę się postarali i w końcu w filmie pod tytułem Transformers, Transformery są zauważalne, choć i tak wciąż są co najwyżej bohaterami drugiego planu. Humor, mimo że wciąż kloaczny i poniżej wszelkiej krytyki, jest nieco skąpiej dozowany i przez to przez „ludzkie” sceny można jakoś przebrnąć bez większego uszczerbku na poszanowaniu własnej godności. Ba, muszę przyznać, że dowcip z początku filmu, gdy Wheelie i Brains oglądali Star Treka był o dziwo dosyć dobry. Sprawa cytowania Gniewu Khana przez Sentinela jest różnie odbierana, niektórzy uważają to za profanacje, inni za jeden z lepszych tekstów w tej produkcji. Osobiście cytat ten przypomina mi o tym, że wolałbym w tym czasie oglądać zupełnie inny obraz i takimi nawiązaniami niektóre słabsze filmy raczej sobie nie pomagają, a wręcz szkodzą. Bitwy są widowiskowe i to trzeba przyznać, widzimy też (wow niespodzianka!) walki robotów! Ostateczna bitwa pomiędzy siłami dobra i zła jest wyjątkowo widowiskowa i całkiem satysfakcjonująca. Generalnie scen z Transformerami nie ma się co czepiać, mogło być lepiej, ale tak nie jest źle, tylko szkoda że jest ich tak mało. Wspomniane już sceny z ludźmi, które stanowią większą część filmu w zasadzie można opisać słowami: to samo co w poprzednich produkcjach Bay’a, tylko tym razem zrobiono je w nieco lepszym guście.


Postacie
            Naprawdę muszę coś tutaj pisać? Znów mamy to samo, główni bohaterowie są tak samo denerwujący jak w części poprzedniej, a nawet Sam podnosi poprzeczkę w mistrzostwie irytowania publiczności. Jego dziewczyna, to taka sama Miss Osobowości, co w poprzednich filmach, tyle że teraz jest blondynką. Lenox tam po prostu jest i nic więcej. Simmons i jego pomagier, to jedyne dobrze poprowadzone ludzkie postacie (jak Simmons zaczął go uspokajać mówiąc po klingońsku, to nawet się uśmiechnąłem). Nowe postaci to też nic szczególnego, w zasadzie dostaliśmy żeńską wersje Simmonsa i złego chirurga z Grace Anatomy, aby Sam mógł komuś w końcu przyłożyć… Tyle jeżeli chodzi o ludzi, czas na Transformery.
            Cóż… zawód? Jasne że tak, tylko kwestia jego skali się liczy w filmach Bay’a, prawda? Generalnie największą bolączką postaciową jest Megatron. Jaki by nie był zawsze to lider Conów i główny adwersarz szlachetnego Optimusa, istny Ying i Yang. Tymczasem w trzeciej odsłonie aktorskich Transformerów Megatron nie tyle zdobył podobnego do siebie pod względem charyzmy sojusznika, ale został zdegradowany do roli pomagiera i postaci co najmniej trzecioplanowej… Istna groteska polega na tym, że do finałowego starcia pomiędzy transformerowymi symbolami w ogóle doszło tylko dzięki temu, że Miss Osobowości spowodowała, że Megatron poczuł się zagrożony jako samiec alfa… Megatron był półgłówkiem, a Opik odciął mu drugie pół, jak to stwierdził raz Piecki. Reszta jak zwykle ma tylko dwa czy trzy dialogi. Słynny Sentinel nie jest zły, może za sprawą Leonarda Nemoy’a który podkładał mu głos, a może dlatego, że scenarzyści choć trochę się tym razem postarali. Chociaż pomysł sojuszu Megsa i Sentinela, stawia pytanie o logiczność postępowania Megsa w poprzednich dwóch częściach… Generalnie najlepsza negatywna postać stworzona do tej pory na potrzeby Bayformers.
            Autoboty są dokładnie takie same jak w ROTF i pierwszej części. Są w zasadzie tłem i mają taką samą ilość dialogów jak Decepticony. Nawet nie wiem, po co zadali sobie trud wprowadzania nowych postaci, skoro i tak mają niemal zero czasu ekranowego (Mirage/Dino jako główny poszkodowany w tej materii). Wreckersi byli nieźli, ale ta sama sytuacja jak z resztą - jedynie migali w tle i mieli ze dwie kwestie. Jedynie jak zwykle Optimus był bardziej wyrazisty, bo i tym razem jest maszyną do kasowania przeciwników i przy tym wypowiada swoje pompatyczne teksty…
            Ogółem jest lepiej niż w ROTF. Niewiele lepiej, ale lepiej. Generalnie brak bliźniaków i innych tępych stereotypowych nawiązań.

Efekty Specjalne
            Co jak co, ale to się Bayowi udało. Jak Transformery były na ekranie to było fajnie. Bitwy były widowiskowo zrobione, a przy tym w oczy nie kuło wykonanie (CGI ma do tego tendencje). Wszystko jest ładne, szczegółowe i w tym względzie film błyszczy, bo walki robotów (co prawda w mniejszości) to jednak się pojawiają.
            Muzyka jak to muzyka w Bayformers, nic szczególnie nie zapadło mi w pamięci, ale też nic nie kuło w uszy. OST został dobrze dopasowany do poszczególnych sytuacji.

Podsumowanie
            Cóż… film jest tym czym jest. Takim samym połączeniem komedii bez smaku typu American Pie z filmem akcji i listem miłosnym dla Pentagonu… Gdyby to była jedynka to bym pewnie dał oczko wyżej.

Ocena
5 Tetsujinów

wtorek, 6 marca 2012

Transformers: Revenge of the Fallen




Transformers: Revenge of the Fallen
Rok Produkcji: 2009
Czas Trwania: 150min
 
Trailer





Fabuła
            Masz zły dzień? Wezwij Bay’a, dobije cię! Tak jest, wydawało się, że "dwójka" będzie dużo lepsza od pierwszej części, Bay wziął pod uwagę słowa fanów, powiedział że Transformerów będzie więcej i będą miały więcej dialogów itd. itp. Film miał naprawić błędy "jedynki" …i co? I nic. Film jest jeszcze gorszy. To kpina z fanów i ze zwykłych widzów. Fabuła w zasadzie jest taka sama jak w części pierwszej: roboty coś tam robią, a główna akcja skupia się na Samie, który tym razem idzie na studia… I tutaj niesławni rodzice dają popis z nieśmiesznymi żartami z udziałem ciastek z marihuany. Teoretyczny główny wątek opowiada o niejakim Fallenie, jednym ze starożytnych Prime’ów, który złamał zasadę zakazującą zbiór energonu ze słońc zamieszkałych układów słonecznych. Teraz wraca aby się zemścić i wyssać nasze Słońce, a za swoich sługusów ma Decepticony ze swoim „uczniem” Megatronem na czele (którego wskrzesili na początku filmu). Są w tym filmie dobre sceny. Chociażby walka w lesie zapada w pamięć, potyczka w Szanghaju (może dlatego, że były tam Tefy na pierwszym planie…), bitwa w Egipcie już mniej, bo robotów tam jak na lekarstwo. Dialogów mechaniczni bohaterowie mają nieco więcej, ale gdy oglądałem te rozmowy Megatrona ze Starem miałem wrażenie jakby Bay po prostu wyciął jakieś dialogi z kreskówki i wrzucił do filmu na odczepnego. A nuż na fanów wystarczy, nie? Całość przedstawia mizerny, tępawy poziom z humorem kloacznym, co chwila jakieś żarty na temat przyrodzenia i ludzkiej strefy intymnej (blach). Teoretycznie Transformerów w tym obrazie jest więcej, ale patrząc na długość filmu, to w sumie procentowo mają tyle samo czasu, co w poprzedniej produkcji Bay’a. Naprawdę, ja nie mam tu nic do napisania. NIC w tym filmie nie zostało zrobione dobrze (oprócz walk w mieście i w lesie), postacie są fatalne, akcja jest kiepska (walki robotów na pustyni to trzeci plan, na pierwszym są dzielni amerykańscy żołnierze). Klimatu też tu jak na lekarstwo, wszelkie (choć było ich mało) sposobności nie zostały wykorzystane… ROTF to obraza dla wszystkich filmów typu "popcorn movie" i tym bardziej dla całej kinematografii.  

Postacie
Postacie są tragiczne. Nawet Simmons sytuacji nie ratuje, a wręcz dodaje swoje trzy gorsze do pogarszania jakości filmu (słynny "tyłek Simmonsa"). Reszta ludzi jest albo równie albo jeszcze bardziej irytująca i działająca na nerwy. Wspomniani rodzice Sama przechodzą samych siebie i w tym momencie mnie najbardziej kusiło, aby przerwać ponowny seans i dać sobie spokój… Lennox po prostu jest, Sam wkurza coraz bardziej (kretyńska scena z „niebem” Autobotów), postać Mikaeli tylko smyra tyłkiem kamerę…
Z Transformerami jest nieznacznie lepiej niż w pierwszej części, bo przynajmniej mają nieco więcej do powiedzenia, chociaż Megatron został spartolony koncertowo. Nie lubię tej postaci, uważam Megsa w każdej serii za postać co najwyżej przeciętną i nudną, ale w ROTF jakakolwiek (nawet nie zasłużona) reputacja Megsa jest poniewierana. Z dumnego wodza Decepticonów staje się jedynie jednym ze sługusów Fallena (który zresztą wygląda jak tania podróbka artu H.R. Gigera) i prócz jedynej sceny w lesie, gdzie coś właściwie zrobił,  przez resztę filmu był jedynie potakiwaczem Fallena. Sam Upadły, też nie jest ciekawy, taki niby kozak, co go może tylko Prime łupnąć zostaje pokonany w najbardziej zawodzącym zwieńczeniu filmu w historii. Klimatyczny był Soundwave, który cały czas przebywał na orbicie, reszta Decepticonów to tylko statyści mający umrzeć w widowiskowy sposób. Z Autobotami nie jest lepiej. Bee znów traci nie wiadomo dlaczego głos, Ratchet i Ionhide mają jeszcze mniej czasu antenowego niż w "jedynce", a znienawidzony przez fanów Deceptów Sideswipe poza jedną linijką tekstu i zabiciem klona Barricade’a (za to go nienawidzą, co mnie do głębi bawi) nie wniósł ze sobą nic. Jolt i Jedna w trzech Transformerach Arcee (insert your own "Christian" joke here), to tylko statyści. Najpierw Decepticon, a później Bot Wheelie zaprezentował się zaskakująco dobrze i jest dużo sympatyczniejszy niż oryginał z G1 (ale to trudne nie było), niestety musiał się zdyskredytować kopulacją z nogą Megan Fox… Optimus nauczył się walczyć (z resztą inne Boty też) i pokazał się ze wspaniałej strony w słynnej już walce w lesie, no i finałowym starciu z Megsem i Fallenem (sama ona ciekawa nie była, ale miło było popatrzeć na Opika w akcji). Jest jeszcze były Decepticon Jetfire i o ile mogła być to postać bazująca na Kupie (TFie z G1, a nie produktem układu pokarmowego), to jednak był jedynie plot device’em i platformą dla pierdzących żartów… No i są główni posiadacze dialogów po stronie Botów - bliźniaki Skids i Mudflap… rasistowskie stereotypy na temat afro amerykanów i Latynosów. Wkurzający, irytujący, ich żałosność jest wręcz nie do opisania.

Muzyka i Efekty specjalne
Tak samo jak w pierwszym filmie, tyle że efekty są lepsze i Transformery można odróżnić podczas ich pojedynku. Bo akurat efekty nie zostały spartolone w tym obrazie (wyjątkowo). Muzyka podobnie, tym co lubią takie nuty się spodoba, nic godnego  zapamiętania. Wciąż brak theme songa Transformers.

Podsumowanie
Bardzo fajnie film ocenił Movie Bob (parę tekstów zapożyczyłem od niego). Cytując Boba (luźny cytat): ”To jakby Bay wykopał szczątki mojego psa, pokrył je gównem, namalował płomienie i pokazywał ludziom za pieniądze”. Tym jest dla mnie ROTF - obrazą dla inteligencji każdego, kto go obejrzy. Brak nawet prostego scenariusza i denny humor na poziomie 2-latków itd. itp.

Ocena
1,5 Tetsujina

wtorek, 28 lutego 2012

Transformers



Transformers
Rok Produkcji: 2007
Czas Trwania: 144 minuty

Trailer


Fabuła
            Pamiętam jeszcze tę atmosferę podniecenia, gdy pojawiały się pierwsze zapowiedzi, potem trailery i, przed grande finale, pierwsze recenzje na zagranicznych stronach filmowych. No i w końcu premiera u nas, w wakacje roku 2007. Z tej okazji zorganizowany został mały zlot fanów TF we Wrocławiu. Wszystko było na "tak" (no może za wyjątkiem recenzji, których nie czytałem), a czy film nie zawiódł? Cóż,  przez fanów został przyjęty stosunkowo ciepło, z entuzjazmem, ale bez euforii. Mnie również wtedy się podobał.
            Nie wiem czy to przez atmosferę, która towarzyszyła mi przy seansie czy fakt, że zobaczę „next genowe” wielkie roboty przyćmił mój trzeźwy, a przy tym złośliwy i bezlitosny osąd. Bo teraz, gdy po latach oglądam go po raz kolejny, nie mogę się w nim doszukać jakichś większych zalet.
            Życie na planecie Cybertron zostało stworzone przez Allspark, a gdy doszło do wojny domowej pomiędzy Transformerami, Autoboty zdecydowały się wysłać sześcian w przestrzeń kosmiczną (wylądował wiadomo gdzie). Podążył za nim Megatron, jednak pokazując typową dla siebie niekompetencję rozbija się na Ziemi i zamarza na Kole Podbiegunowym, gdzie znajduje go dziadek głównego bohatera - Sama Witwicky’ego. W obecnych czasach Sam wystawia rzeczy po dziadku na alle… znaczy na Ebay i tak uruchamia całą lawinę „nieszczęść”. W skrócie dochodzi do starcia Autobotów i ludzi z Decepticonami, a stawką są losy świata i Allspark. W sumie schemat, bo i czego się więcej można spodziewać... hmm na pewno dobrego kina akcji z masą walk wielkich myślących maszyn i dobrych efektów specjalnych. No i chociażby przyzwoitej fabuły. TF z 2007 w roli kina akcji z nutką nostalgii sprawdza się średnio. Fabuła, a raczej jej przebieg jest ledwo tolerowalny, Sam i jego rodzinka jest nie do zniesienia. Nie wiem jak byłem w stanie to oglądać i nawet się uśmiechnąć podczas wizyty w kinie. Transformerów praktycznie nie ma, ich dialogi to może 10 w porywach 15% całości filmu. Z Decepticonami w zasadzie rozprawili się ludzie, bo Autoboty walczyć właściwie nie potrafiły. Dziwne jest też, że w połowie filmu znika jeden z Decepticonów - Barricade - i w ogóle nie jest wyjaśnione, co się z nim stało. W gruncie rzeczy największym zarzutem wobec tego filmu, jak i jego sequeli, jest to że obraz tak naprawdę nie jest o Transformerach, a o problemach nastolatka/młodego dorosłego w krzywym zwierciadle i z nieśmiesznym humorem, a także wielkim miłosnym listem dla armii Stanów Zjednoczonych Ameryki Północnej. Do tego Bay miał gdzieś fanów TF, bo widownia TF to dzieciaki albo dorośli pamiętający czasy gdy byli dziećmi. Transformers Bay’a to też nie jest film dla takich "Samów", tylko dla tych, co się nad nim znęcali w szkole. Niemniej film ma też trochę plusów. Sam początek: atak Blackouta robi spore wrażenie, także scena lądowania Autobotów jest bardzo mocna i świetnie buduje klimat (a że potem jest wciąż psuty to już inna sprawa). Humor, mimo iż przeze mnie już zbesztany, za sprawą Simmonsa potrafi rozbawić. Także „przypadkowe twory” Allsparka są zabawne (Xboxbot czy MouteinDewbot). Finałowa bitwa w Mission City też jest niezła i choć podoba mi się fakt, że ludzie nie są tylko nieszczęśliwymi ofiarami i potrafią walczyć, to proporcje pomiędzy udziałem Botów a ludzi są niewłaściwe. W zasadzie jedynym Decepticonem zniszczonym tylko przez Autoboty był poległy w walce na autostradzie. Resztę wykończyli ludzie.

Postacie
            Eee… postacie w tym filmie są… i tyle. Nic nie można o nich powiedzieć, nie dziwi więc, że do sequela przeszło ich niewiele. Nie ma co wspominać o hakerach czy sekretarzu obrony - byli, coś tam zrobili i tyle ich widziano. Rodzice Sama, jak i w zasadzie on sam, są wkurzający (aż żal, że go Megs nie zabił, oszczędził by go nam w sequelach). Dziewczyna grana przez Megan Fox ma ładny tyłek i tyle. Z ludzi jedynie Simmons, Lennox i Epps zapisali się dla filmu na duży plus (nic dziwnego, że wracali w kolejnych częściach). O reszcie można spokojnie zapomnieć, ich rola ogranicza się do pchnięcia fabuły naprzód i nic sobą nie wnoszą.
            Jeżeli w ogóle to możliwe, to z Transformerami jest dużo gorzej niż ludźmi. Ich wszystkie dialogi można zapisać na kartce A4. W zasadzie mówią jedynie w scenie przybycia i wytłumaczenia przez Optimusa Samowi czemu tu przybyli i kim są. Potem są milczącymi statystami, którzy przewijają się gdzieś w tle. O ich charakterze też świadczy jedynie scena przedstawienia się. Z Botów można wyróżnić Prime’a (w końcu to wódz i jedyny umiejący walczyć Autobot) i najsłynniejszego BBB, który (ukłony dla scenarzystów za ten pomysł) mówi za pomocą radia, bo jego syntezator głosu został uszkodzony. Decepticoni oprócz paru zdań wypowiedzianych przez Megatrona, Barricade’a i Starscreama nie mają ŻADNYCH DIALOGÓW!!! NIC. W gruncie rzeczy nic o nich nie wiemy, tylko to, że są źli i trzeba ich powstrzymać. Jest jeszcze dron (czy nie dron) Frenzy, który cierpi na ADHD, jest jedynym Decepticonem posiadającym znamiona charakteru.

Muzyka i Efekty Specjalne
            Najsilniejszym punktem tego filmu są efekty specjalne. Bardzo podobają mi się transformacje Tefów, a głównie płynność przechodzenia z formy robota do pojazdu lub na odwrót w zależności od potrzeby. Reszta też jest bez zarzutu i na bardzo wysokim poziomie wykonania. Szkoda, że takie efekty zmarnowały się w tak słabym fabularnie obrazie. Zgrzytem mogą być niektóre starcia robotów, gdzie jedyne, co było widać to dwie kupy metalu rozwalające się po okolicy.
            Muzyka też nie jest zła, wpada w ucho, a niektóre kawałki zostają w głowie jeszcze trochę po seansie. Zdecydowanie najbardziej podobał mi się kawałek z lądowania Autobotów na Ziemi.

Podsumowanie
Transformers Michaela Baya nie jest dobrym filmem. Ba, ledwo się mieści w kategorii filmów przeciętnych, takich dla których do kina idzie się dla efektów specjalnych. Niemniej nadał on pewien kierunek filmowym Transformerom, od teraz mogło być tylko lepiej (Bay mówił, że wziął do serca uwagi fanów) albo znacznie gorzej…

Ocena
5 Tetsujinów

sobota, 25 lutego 2012

Transformers Cybertron



Transformers: Cybertron
Rok Produkcji: 2005
Liczba Odcinków:52

Opening



Fabuła
            Nareszcie koniec trylogii Unicrona… I od czego by tu zacząć… Może od tego, że mamy do czynienia z najgorszą w historii produkcją z pod znaku Transformers. Jest to seria, w której nie działa nic i wszystko bez wyrzutu sumienia można wyrzucić do śmieci. Pytanie pierwsze, czy Cybertron działa jako sequel Energonu i Armady, szerzej o tym napiszę gdzie indziej, ale odpowiedź brzmi nie, jedyne co łączy te serie z poprzednimi „dziełami” z tej Trylogii to dwa statyczne rysunki z ostatniego odcinka i fakt, że czarna dziura będąca motorem tak zwanej fabuły jest pozostałością po Unicronie i tyle. Generalnie w swoich recenzjach, zawsze staram się znaleźć coś pozytywnego, jednak jeżeli student po egzaminie oddaje pustą kartkę, to nawet najbardziej życzliwy wykładowca nie jest w stanie zaliczyć takiej pracy. Taką pracą jest właśnie Cybertron…
            Sam pomysł w sumie nie był zły, nasi bohaterowie podróżują pomiędzy różnymi planetami i szukają planetarnych cyberkluczy, których siła pomoże powstrzymać rozrastające się nieczystości po Unicronie, a w tym zadaniu przeszkadzają im Decepticony. Nie brzmi źle, równie dobrze mogła to być fabuła paru odcinków trzeciego sezonu G1. Niemniej pomysł to nie wszystko, bo wszystkie elementy Cybertronu to jedna wielka katastrofa, tu po prostu NIC nie działa. Fabuła jest infantylna, nudna i tak przewidywalna, że dziesiąty seans Avatara niesie ze sobą więcej zaskoczenia. Planet jest zaledwie pięć w tym Ziemia i Cybertron, a pozostałe prześcigają się w kretynizmie swoich założeń, te trzy planety: Velocitron: planeta prędkości, Jungle Planet: jak sama nazwa wskazuje i Gigantion: zamieszkującą wielkie transformery. Wszystkie te planety (może za wyjątkiem Dżungli) prześciga się w głupocie i prostocie „kultur” jakie tam powstały Na Planecie Prędkości nie robią nic innego tylko się ścigają, na Gigantonie wciąż budują nie wiadomo po co i na co kolejne miasta. Naprawdę nawet najbardziej kretyńskie pomysły na obcych w G1 świadczą o kreatywności scenarzystów. Dialogi są głupawe, pełne zbędnego patosu i permanentnego infantylizmu, dobrane głosy w angielskiej (czy polskiej) wersji, wcale nie pomagają, wręcz potęgują wrażenie kompletnego zdziecinnienia serialu  może za często używam w tej recenzji tego słowa, ale i pogłębiają INFANTYLIZM!!! Scenarzyści co jakiś czas próbowali nas czymś zaskoczyć, ot typowy bunt Starscreama, nieco poprawił sytuacje nudnego schematu, a potem wszystko wróciło do normy, pojawił się też  nawet interesujący wątek planety X z postaciami Soundwave’em i Sidewayes’em, ale jak reszta i nawet w większym stopniu niż w Energonie. Wątek ten został potraktowany kiepskim wyjaśnieniem.
            Nie widziałem gdzie poruszyć kwestie choreografii walk czy tu czy w Animacji i Muzyce. Postanowiłem, jednak poruszyć go tu. Walki są OKROPNE!!! Wyglądają w następujący sposób: Transformacja 10 ~ 15s (absolutny rekordzista to fuzja Optimusa Prime’a i Leobreakera  na neutralnym tle niezależnym od miejsca pojedynku, potem wpinają sobie „MOC CYBERKLUCZA”, który też ma osobną animacje na osobnym tle. Zresztą pomysł cyberklucza to jeden z największych kretynizmów, o ile minicony w Armadzie dawały Transformerom dodatkowe zdolności czy broń, energon w Energonie, dodawał mocy i pozwalał na wytworzenie specjalnej broni. A cyberklucz? Uruchamia broń, która transformer już był wyposażony… Za to jest to zgodne z figurką…, ale popadam w dygresje. Dalej następuje atak beamspamu, który w kompleksy wpędzi nawet Gundam SEED i drugi sezon 00. Oczywiście też dochodzi do starć bezpośrednich, które wyglądają tak jakby ktoś wziął zabawki i się nimi bawił, wygląda to co najmniej pokracznie. Całkiem ciekawie wyglądał pojedynek Primusa ze Starscreamem, gdzie Primus wziął swoje księżyce i użył ich jako broni, przywiodło mi to na myśl Gundam Hammery z Turn A Gundam, wraz z koroną Starscreama kojarzyło mi się z dużo lepszymi seriami, które wolałbym oglądać zamiast tego INFANTYLNEGO, POZBAWIONEGO JAKICHKOLWIEK AMBICJI CRAPU, MAJĄCEGO NA CELU TYLKO I WYŁĄCZNIE SPRZEDANIE KIEPSKICH ZABAWEK!!!

Postacie
Zacznę od Decepticonów, bo ich tu jest najmniej. W Cybertronie dostaliśmy najbardziej niekompetentną zgraję idiotów, którzy jedyne co potrafią zrobić, to wywołać facepalm na naszych twarzach. Decepticony, za wyjątkiem Megatrona i Starcreama to postacie wyłącznie komediowe, a i te „poważniejsze” postacie nie są lepsze. Wszystkie dialogi Megsa ograniczają się do wymieniania przed przypadki słów: siła i moc, całkowity brak jakiegokolwiek planu poza porównywaniem swojego stalowego penisa z penisem Optimusa. Przecież ta cholerna czarna dziura rozwali wszystko a ten tępy idiota jedyne co chce to się dopakować, zresztą Megs i jego drużyna są jak upierdliwe komary, które co jakiś czas żądlą bohaterów, nie wyrządzając im przy tym krzywdy, albo są jak banda nicponi ze szkoły, którzy lubią dokuczać swoim kolegom. Nawet rekrutacja idzie im mizernie, bo poza dwoma Tefami,  wszyscy pozostali mieszkańcy swoich planet, którzy dołączyli do Megsa szybko poprzechodzili na stronę botów, aż dziwne że są jakieś zabawki z Cybetronu z logiem Decepticonów…  
Autoboty są nieco lepiej zrobieni i nie są klaunami jak ich przeciwnicy, chociaż infantylizm wyłazi z nich na każdym kroku, są miałcy i kompletnie nie zapadają w pamięć, ani mieszkańcy pozostałych planet, ani podstawowa grupa. Optimus jest jak zwykle Optimusem i wygląda stosunkowo solidnie na tle reszty, wszyscy są generalnie wzięci z arkusza: „RPG dla początkujących”.
Warto też nadmienić niewyraźny promyk nadziei na ciekawszą postać jaką był Scourge: władca planety dżungli, który choć jest niby był planowany jako ten zły, to jednak widać, że zależy mu na jego świecie i uważa swoje zasady za koniecznie dla przetrwania w dżungli. Mógłbym powiedzieć, że postać nędznieje przez jego relacje z Lori, ale nie Scourge ze listy porządnych postaci skreśla jego dołączenie do Decepticonów, mimo że ci odcinek czy dwa wcześniej chcieli sfajczyć jego dżunglę… A niby honor i właśnie jego świat są dla niego najważniejsze… I mimo, że potem się rehabilituje i dołącza do klubu miłośników infantylizmu, to wcale go nie ratuje jako postaci, jest tylko smutnym świadectwem o niekompetencji i lenistwie scenarzystów.
Ludzie… trójka kiepskich klonów armadowskich dzieciaków… szczerze? Jestem już zmęczony Cybertronem i ciągłym wypisywaniem co jest tutaj nie tak, dzieciaki uwaga słowo które często wykorzystuje w tej recenzji są: Infantylne!!!, denerwujące i są gorsze nawet od Daniela z Headmasters… Reszta ludzi nie jest lepsza, a dorośli są nawet gorsi niż te dziciaki…
Jedynym fajnym Transformerem był Signal Lancer (jego kumpel Budka Telefoniczna też był niezły), który skrywał się pod postacią sygnalizatora, był ciekawszą postacią niż wszyscy pozostali razem wzięci… Szkoda, że Cybertron nie skupił się na jego przygodach…

Animacja i Muzyka
Podobnie jak w Energonie, mamy tu do czynienia z połączeniem budżetowej animacji 2D znanej z tasiemcowanych serii z tamtego okresu i kiepskiej jakości CGI, w którym te same sekwencje są wykorzystywane co chwilę: Transformacje, strzelanie, ładowanie cyberklucza itd. Długość transformacji sięgnęła tak absurdalnych długości, że nawet twórcy się z orientowali, że przesadzili i powstawiali dialogi podczas ich trwania. Same transformery wyglądają tak jak topowe wersje ich zabawek o w zasadzie identycznej artykulacji (Tefy z serialu mogą poruszać palcami), czyli jak wielkie nieruchawe kloce, albo bardziej dokładnie jak zabawki, jak powiedział Klejpull z forum Transformery.pl: „Cieżko chwalić wiernosć figurek modelom CGI, bo to praktycznie serial o zabawkach- czekałem na moment aż któryś z Autobotów podczas walki nie obróci głowy bo artykulacja figurki mu na to nie pozwala”.
 Za to designy to już inny kryminał… Pod tytuł serii mówi: Robot’s in Disguise i mało ma to wspólnego z rzeczywistością, owszem część transformerów transformuje się w coś rzeczywistego są to postacie czwarto planowe nie mające na fabułę żadnego wpływu, to jednak wszyscy główni bohaterowie zamieniają się w bliżej nieokreślone futurystyczne pojazdy, zresztą sporo mówiło się o przysłowiowym „Batmobilu” w który transformował się Megatron.
Muzyka… cóż… całkowicie nie zapadła mi w pamięć i nie mam co na jej temat pisać, tylko tyle, że remix słynnego theme songa z G1 nie wyszedł najszczęśliwiej.

Dubbing Angielski
Tu jest ciekawie i wyjaśnia różnice  (ale nie usprawiedliwia) pomiędzy wersją oryginalną a amerykańskim tłumaczeniem. W Japonii scenarzyści doszli do wniosku, że nie ma co kontynuować straconej już trylogii i chcieli stworzyć coś nowego tak narodziła się seria Galaxy Force, niemniej amerykanie chcieli mieć trylogię, zatem na szybkiego i jak zwykle na kolanie zmienili zarówno fabułę jak i linie dialogowe, aby choć iluzorycznie połączyć Cybertron z poprzednimi rozdziałami trylogii. Nie będę się rozwodził nad tym, czy skok jakościowy pomiędzy GF a Cybertronem jest jakiś oszołamiający, bo japońskiego odpowiednika nie oglądałem, a podobno jest świetny. Nie mnie jednak przyjdzie ocena Galaxy Force.

Podsumowanie
Były już porównania szkolne, czas zastosować analogie medyczną w stosunku do Trylogii Unicrona. O ile Armada to był chory pacjent, którego stan się poprawiał, Energon zaczął jako pacjent w stanie dobrym, jednak pogorszył się do agonalnego, za to Cybertron to podgniłe zwłoki rozwłóczone przez psy… Cybertron to katastrofa, równie dobrze ta recenzja mogłaby mieć i 20 stron i dalej bym nie wyczerpał tego co Cybertron robił nie tak. Kończąc jeżeli już musisz, to ogranicz się drogi czytelniku do Armady z Trylogii Unicrona, bo kolejne części to coraz większa katastrofa a apogeum to właśnie Cybertron.

Ocena
1 Tetsujin

środa, 28 grudnia 2011

Transformers Energon



Transformers Energon
Rok Produkcji : 2004 - 2005
Liczba Odcinków: 52

Opening



Fabuła
            Energon… jedna z serii powszechnie uznawanych za najsłabsze z całego multiwersum Transformers. Zresztą mnie samemu, oglądając Energon po raz pierwszy na polskim Cartoon Network, niemalże rzygać się chciało z każdym kolejnym, coraz słabszym epizodem. Wynikało to z wielu faktów. Raz, że sam Energon nie jest arcydziełem kinematografii, a dwa miał pecha lecieć w czasach gdy byłem wojującym fanem starej animacji (fanem zostałem, ale już nie jestem wojujący). Zatem po „wielu” latach, gdy postanowiłem obejrzeć i zrecenzować wszystkie serie TF do jakich jest jako taki dostęp, przyszedł czas na ponowne spotkanie z Energonem i…
            Niewiele zmieniłem zdanie. Seria jest bardzo słaba, miejscami wręcz nie do oglądania. Szczególnie przez niektóre postacie (Bulkhead!). Wszystko zaczęło się wcale nieźle i początek był obiecujący. Niestety scenarzyści postanowili cyklicznie likwidować wątki, które miały szansę na naprawdę interesujące historie poboczne i „osobiste”. Wygląda na to, że twórcy, którzy tworzyli całkiem znośną Armadę, stracili zapał i wypadli z formy zaledwie po kilku odcinkach. Największym bólem według mnie był powrót do status quo. Powrót Megsa i koniec pokoju między Decepticonami i Autobotami może i by dało się poprowadzić dobrze, gdyby postacie były choć trochę ciekawsze, albo nie usuwano z takim zapałem ciekawych pomysłów. Wtedy byłoby naprawdę przyzwoicie i łatwo byłoby przebić Armadę. Niestety niemal wszystko co widzimy zawodzi: Postacie, animacja, muzyka, choreografia no i rzecz jasna najważniejsze: fabuła. Nie tylko scenarzyści pozbywają się ciekawych wątków (vide Demolishor, czy Scorponock), ale i fabuła gubi się sama w sobie. Odcinki ogląda się źle i tak naprawdę są bardzo męczące, albo przez dialogi albo przez kiepskie walki.        

Postacie
            Najgorsze, że nie wiem od czego tu zacząć. Bo wszystko tu jest źle… no z paroma wyjątkami. O dziwo całkiem niezły był Kiker, który w przeciwieństwie do reszty dzieciarni z UT, wcale nie chciał wejść w stalowy odbyt Optimusa … przynajmniej jeszcze gdy Energon dało się oglądać. Misha w sumie też była ok. Taka typowa love interest w serialach tego typu. Niestety reszta ludzkiej obsady jest już nie do zniesienia. Szczególnie wesołkowaty ojciec rodziny, będący szczytem szczytów irytacji. Mamusia i siostrunia Kickera są już bardziej strawne. Niestety zbyt często występują razem w zestawie z Ojcem. Nawet już nie wiem, dlaczego są tak wkurzający czy to wina kiepskiego dubbingu czy jeszcze gorszych dialogów, ale jak zwykle pewnie jest to suma wszystkich strachów. Poza nimi występują jeszcze gościnie nieco „dojrzalsze” postacie z Armady. Brr.. Postacie z Armady są powiewem jakości…
            A teraz kwestia transformerów. O dziwo nie jest jakoś najgorzej, ale już wspomniane przeze mnie rozpaczliwe wręcz likwidowanie dobrze rokujących wątków pobocznych wszystko psuje. Demolishor jest tego najlepszym przykładem. Mógł być rozdartą osobowością pomiędzy lojalnością wobec Megatrona, a przyjaźnią z  Kickerem i Botami, ale niestety ledwo zaczęło być ciekawie, a Megatron zrobił mu Format C:. Podobnie zresztą gdy przebudowani zostali Cyclonus i Tidal Wave. Shockblast i jego brat Sixshot byli jedynie cieniami tych postaci, którymi mogliby być (szczególnie zawodzi na tej linii poprowadzenie postaci Sixshota). Z kolei Megatron jak to Megs, jak zawsze jest to stereotypowa do bólu ograna postać.
            Z Botami można by rzec jest jeszcze gorzej. W zasadzie wszyscy mnie denerwują i nie wykazują żadnych symptomów sympatii. W zasadzie jedynie Wing Saber i Superion Maximus przejawiali oznaki dobrze zrobionych postaci. Szczególnie wkurzający byli zaś członkowie Ironhide Team (pojawili się późno w serii) i Bulkhead grający role „dziadkowatego" transformera przekraczając przy tym wszelkie granice irytacji. Opik jak to Opik jak nie można już na nic liczyć, to przynajmniej można oprzeć się o stare schematy, tyle że Opik trochę przytył od tego dobrobytu. No i Omnicony dawały też radę.
            Bezfrakcyjny Scorponock był ciekawy, dopóki był bezfrakcyjny, potem format C i podzielił losy wszystkich ciekawych „złych”.
           

Animacja i Muzyka
            Boooooli… i to baaaardzo boli. Animacja otoczenia czy postaci ludzkich, nie jest co prawda jakaś najgorsza, raczej standardowa dla typowych masówek robionych w tamtych czasach (Digominy, Pokemony i inne bączki czy karty). To CGI wykorzystane do przedstawienia transformerów jest baaardzo fatalne, wręcz odbierające jakąkolwiek przyjemność z oglądania. Roboty wyglądają tak jak ich zabawki – toporne i ledwo ruchawe kloce. Dodatkowo artykulacja i sposób ich poruszania wywołuje jedynie śmiech… Bardzo dziwne, a zarazem ciekawe są momenty gdy transformery nie są z CGI a zrobione w dosyć wysokiej jakości animacji 2D.

Spora różnica, prawda? Jeżeli Energon by tak wyglądał jak w drugim screenie, to oglądałoby się go dużo lepiej.

Dubbing Angielski
            Nawet nie wiem, czy mogę napisać tu cokolwiek więcej niż zrobiłem to w recenzji Armady. Generalnie Energon ma tłumaczenie nieco lepsze od tego co mieliśmy w pierwszej części Trylogii Unicrona. Wciąż są małe wpadki w tłumaczeniu, czy mylenie imion. Niemniej nie było tak rażących błędów jak w Armadzie. Najgorzej wypadły głosy wspominanego już Bulkheada i rodziny Kikera.

Podsumowanie
            Zatem czy Energon zasłużył na swoją kiepską opinię? Zdecydowanie tak. O ile Energon zaczął się bardzo dobrze z niezłymi ludzkimi postaciami rokującymi dobrze, to z każdym odcinkiem było coraz gorzej, aż seria sama zgubiła się w sobie. W dodatku kiepska oprawa audiowizualna serii nie pomogły. Niemniej Energon sprawił się lepiej niż zapamiętałem gdy leciał na polskim Cartoon Network. A czy zasługuje na miano najgorszej serii TF? Przekonam się bo seansie Cybertronu…

Ocena
3 Tetsujiny

niedziela, 18 września 2011

Transformers Armada



Transformers Armada
Rok Produkcji : 2002 - 2003
Liczba Odcinków: 52

Opening
 

Fabuła
O tak, zaczynam przygodę z Trylogią Unicrona, często określaną jako najgorsza część uniwersum Transformers. Armada musiałaby więc przełamać moją niechęć i zrobić więcej niż taki RiD, abym uznał ją za dobrą serie. Czy jej się udało? Cóż… nie do końca. Sama seria wydaje się być jednym z wielu klonów Pokemonów jakie pojawiły się na początku XXI wieku: Digimony, jakieś bączki, czy  jakieś super karty. Tylko, że w Transformers dostaliśmy małe roboty, które powerupują Transformery, odblokowują dodatkowy sprzęt, czy zwiększają siłę ognia. I tak właśnie większość serii niestety wygląda. Z odcinka na odcinek Autoboty i Decepticony rywalizują między sobą o kolejne Poke… ekhm Minicony. Po paru odcinkach nieco rozbudowano fabułę, bo Transformery rywalizowały o Minicony, które z kolei łączyły się w potężne bronie, lub tarcze. Jednym słowem przez pierwsze 25~30 odcinków kompletnie nic się nie działo i wszystko szło bardzo powoli. Tu i tam pojawiały się nowe Transformery i zaobserwować można było lekki rozwój postaci. Wszystko śmiało można by skrócić o, co najmniej, 15 odcinków a seria by tylko na tym zyskała. Jednak po początkowej stagnacji, mamy kompletną zmianę. Nie wiem czy w trakcie serii zmieniono scenarzystę, bo Armada uległa gruntownej przebudowie. Zmieniono styl z szukania Pokemonów… ekhm Miniconów na rzecz tajemniczego zagrożenia, którym okazuje się Unicron. Zresztą nastrój z aurą tajemnicy przed słynnymi Unicron Battles był doskonały i zachęcał do dalszego zapoznawania się z serią. Dalej również gorzej nie było. Wręcz przeciwnie, nawet lepiej. Gdy obie frakcje przybyły na Cybertron fabuła naprała jeszcze większego tempa. Pojawił się sojusz między Autobotami i Decepticonami przeciwko Unicronowi. Bardzo ciekawie przedstawiono prawdziwe pochodzenie Miniconów i relacje pomiędzy poszczególnymi postaciami. Seria naprawdę zyskała przez to sporo punktów i utrzymała dobry poziom do samego końca. Klimat jest dobry, ale dopiero od połowy serii. Mniej więcej od odcinka w który Starscream postanawia zmienić strony. Armada jako całość niestety przedstawia się raczej przeciętnie. Generalnie dlatego, że większość odcinków spokojnie można by wyrzucić do kosza. A szkoda, bo mimo wielu ułomności, naprawdę od pewnego momentu polubiłem Armadę.

Postacie
Generalnie nie mam tu czego za bardzo pisać. Wszyscy wpisują się w stereotypy swoich odpowiedników z wcześniejszych serii. Hot Shot to po prostu połączenie Hot Roda z BBB, Red Alert to typ naukowca, Scavenger to Kup, a Optimus jest Optimusem z syndromem Prime’a. U Decepticonów jest lepiej, chociaż Megatron jest nudny jak zwykle. Za to palmę pierwszeństwa dzierży Starscream i choć tak naprawdę rozwój tej postaci nie trwa długo, to jednak twórcom udało się stworzyć postać bardzo ciekawą i rozdartą wewnętrznie. Mocno przypomina on tutaj Dinobota z Beast Wars. Choć jego rozwój trwał krótko, to poprowadzono go wręcz mistrzowsko. W pewnych momentach byłem wręcz zaskoczony sposobem poprowadzenia akcji. Sideways, będący w rzeczywistości Unicronem, jest również intrygujący. Niestety jest tak tylko w odcinkach bezpośrednio związanych z głównym wątkiem, bo w tak zwanym międzyczasie tracił całą aurę tajemniczości i był zwykłym szeregowym Conem.  
A teraz ludzie… eh… Generalnie gdyby obsada dzieciarni ograniczyła się do Alexis i Rada byłoby przyzwoicie. Niestety jest jeszcze Carlos i dwójka, którą chciano usunąć ze scenariusza jeszcze w trakcie serii. Nic więc dziwnego, że Billy i Fred nie mieli nawet minimalnej roli w sequelach. Szczególnie Fred wypadł tragicznie… gorzej nawet od Daniela z Headmasters. A to mówi już sporo. Cały czas tylko gadał o jedzeniu (podobno w japońskiej wersji miał dużo lepsze dialogi). Sam Carlos początkowo był w miarę ok. Taki bardziej denerwujący kumpel Rada, którego da się przeboleć. Niemniej o ile Alexis i nieco mniej Rad zyskiwali moją sympatię z odcinka na odcinek, to Carlos coraz bardziej zniżał się do poziomu opisanej już dwójki…

Muzyka i Animacja
Animacja jest baaaaaaaaaaaardzo nierówna przez całą serie. Czasami jest doskonała, pełna szczegółów, a transformery wyglądają genialnie. Nierzadko pojawiają się jednak TAKIE błędy, że największe bobole graficzne z G1 nie wyglądają źle. Błędne znaki frakcyjne to tutaj najmniejszy błąd. Często są problemy z proporcją i Tefy wyglądają pokracznie. Raz nawet na cały ekran mieliśmy Jetfire’a przekolorowanego na Prime’a. Generalnie przez większość czasu seria wygląda dobrze, niemniej często sprawia wrażenie robionej byle jak.
Remix klasycznego kawałka rozpoczynającego każdy odcinek G1 wyszedł bardzo dobrze. Szkoda, że seria nie doczekała się wejściówki z prawdziwego zdarzenia. Reszta kawałków również jest dobra lub nawet bardzo dobra.


Dubbing Angielski
O ile dubbing angielski w RiDzie był kiepski z powodu źle dobranych aktorów, to tutaj zawiedli nie tylko aktorzy, ale i tłumacze. Całość przedstawia się również bardzo nierówno. Głosy transformerów są ok., szczególnie Megatron ma świetny głos. Z kolei ludzie mają tak kiepski dubbing, że aż zęby bolą. Tłumaczenie było chyba robione na kolanie, bo błędów tam na pęczki. Często mylone imiona: Jet Convoy, później został Jet Optimusem, Tidal Wave, został w pewnym momencie Shockwave’em. W innych przypadkach aktorzy pomylili Tefy za jakie mówią.

Podsumowanie
Armada pozytywnie mnie zaskoczyła. Chociaż zaskoczenie pojawiło się dopiero w połowie serii. Kiepski dubbing, błędy animacji oraz pierwsze 20~30 odcinków skutecznie mogą od tej serii odrzucić. Niemniej jest to seria z dynamiczną końcówką i  świetnym finałem. Całość określiłbym jako lekko ponadprzeciętną.

Ocena
6,0 Tetsujinów


niedziela, 28 sierpnia 2011

Transformers Robots In Disguise

 
Transformers Robots In Disguise
Rok Produkcji : 2001
Liczba Odcinków: 44

Fabuła
RiD jest pierwszą serią telewizyjną TF która nie ma nic wspólnego z uniwersum G1 (wyłączywszy oczywiście wszelakie nawiązania). Jest za to serią, która dla rynku amerykańskiego została stworzona całkowicie przez Japończyków. Fabuła jak zwykle -  Autoboty bronią Ziemi przed Megatronem i jego Predaconami, jednocześnie odkrywając tajemnicę Fortress Maximusa.
Największą bolączką RiDa jest fakt, że nie jest anulowanym Transtechem, mającym być epickim sequelem Beast Machines. Niestety serii nie było, pozostał jedynie cień tej koncepcji, ale za to jest to cień bardzo przyjemny. RiD jest czymś w rodzaju Animated - trochę trybutem, trochę autoparodią całej serii i rzecz jasna kampanią reklamową linii zabawek - dosyć leniwej serii zabawek, jakby ktoś pytał mnie o zdanie. Najważniejszym elementem tej serii jest humor i w tej mierze wszystko jest zrobione bardzo dobrze. Mamy sporo zabawnych, a przy tym sympatycznych, postaci przez co dużo zabawniej ogląda się kolejne gagi. Nawiązań jest również masa. O ile do samego G1 wiele ich nie znajdziemy (prócz tego, że wiele TFów jest recolorami TFów z tamtego okresu), to do Beast Warsów i Beast Machinesów jest całkiem sporo odwołań. Ot w jednym momencie jeden z Predaconów mówi, że nie jest jakimś bezmózgim Vehiconem, innym razem przytacza słynny cytat Optimusa Primala z BW. Przychodzi tu również na myśl rada Predaconów. Generalnie jest miło, sympatycznie i bardzo kolorowo, przez co wszelaka powaga jaka kiedykolwiek w seriach o Transformerach była zniknęła (okazało się niestety, że na dobre kilka lat). Jednak przy całym kolorycie, nastawieniu na humor i całkowitej niekompetencji Predaconów, RiD nie cierpi na najgorszy z grzechów seriali animowanych: seria nie jest infantylna, co mnie osobiście doprowadzałoby do szału. Tutaj na szczęście wszystko  zrobione było ze stosownym smakiem. Jedyne pod tym względem do czego mogę się doczepić to powtarzający się gag z Kelly- postać, którą osobiście bardzo polubiłem jednakże niektóre „akcje” z nią niosą ze sobą spory ładunek wymuszenia i niekiedy braku pomysłu. Klimat jest ok. Lekki, przyjemny, jednakże całkowicie pozbawiony napięcia.

Postacie
Generalnie nie wiem, czy zaliczyć ten akapit na plus, czy jednak na minus. O ile jest parę świetnych postaci, to istnieje także pokaźna grupa z syndromem G1. Jeśli chodzi o Boty to główne skrzypce gra rzecz jasna Optimus Prime. Niczego szczególnego o nim powiedzieć nie można. Tylko tyle, że jest to niezły Optimus, który na dodatek nie choruje na syndrom Prime’a (Z tego co wyczytałem, to dlatego, że początkowo nie miał być Prime’em). Jest jeszcze Ultra Magnus (najlepszy Magnus ever!). Wielka szkoda, że po dwóch, trzech odcinkach w których odegrał sporą rolę i zapowiadał ciekawy wewnętrzny konflikt Autobotów, został zdegradowany do Power packa dla Optimusa. Należałoby też wspomnieć o braciach autobotach: Prowl, Side Burn i X-Brawn, którzy mają większą role. Reszta się przewija, trochę widać Build Team, trochę mniej jest pociągów i poza paroma epami Spy Changers. Ludzkie postacie w zasadzie ograniczają się do Kojiego i nie do końca ludzkiej T-AI. O nich nie można powiedzieć wiele złego. Daleko im jednak do Daniela z Headmasters, a Kojiego też wiele w serii w sumie nie ma.
W stosunku do Predaconów i Decepticonów mam dosyć mieszane uczucia. Taki Scourge czy Sky-Bite są świetnymi postaciami, jednakże cały ten ładunek humoru jaki ze sobą niosą powoduje, że czarne charaktery w ogóle nie stanowią dla naszych dzielnych bohaterów zagrożenia. Nawet w finale gdy Galvatron zdobywa przewagę, to i tak nie wywołuje żadnego napięcia. Jednak jak już napisałem RiD to przede wszystkim humor i jako postacie komediowe wszyscy źli sprawdzają się doskonale.

Muzyka i Animacja
Typowa animacja dla „masowych anime” z tego okresu. Mogłaby być lepszej jakości, ale i tak to lepsze niż crapowate CGI o których niedługo będę się rozpisywał przy okazji Energonu czy Cybertronu. Ogólnie pasuje do lekkiego klimatu serii i nie ma zbyt wielu rażących błędów w animacji. Mi akurat przypadła do gustu, choć mogła by być choć odrobinę bardziej szczegółowa. Niemniej fajnie zobaczyć niektóre moldy znane z G1 w grafice z XXI już wieku. Wypadają one tutaj bardzo dobrze, szczególnie Fortress Maximus. Muzyka jest dobra. Wpada w ucho i dobrze współgra z tym co widzimy na ekranie, a jak wokalistą zostaje Sky-Byte to już absolutnie chce się jej słuchać.

Dubbing Angielski
Jako, że jest to pierwsza seria stworzona przez Japończyków pierw na własny rynek a potem na Amerykański, RiD padł ofiarą typowego dla Anime angielskiego dubbingu. O ile w poprzednich seriach tworzonych głównie przez amerykanów z pomocą japońskich animatorów głosy były dobierane właściwe i z pełną powagą, tak tutaj mamy do czynienia  z robotą „na odwal się”. Co prawda nie jest tu jeszcze aż tak źle, bo, w przeciwieństwie do Patlabora, RiDa da się oglądać po angielsku. Generalnie jeśli chodzi o głosy transformerów i ludzkich postaci pierwszoplanowych,  robota została wykonana poprawie. Brawa za Opika i Scourge’a. Jednak postacie drugoplanowe to już porażka na całej linii. Czasami dubbing jest tak zły, że aż bolą od niego zęby. Boleje przede wszystkim z powodu Kelly, której głos został spaprany koncertowo.

Podsumowanie
RiD to komedia i podobnie jak Animated jest to seria będąca hołdem dla serii wcześniejszych. Nie ma szczególnie dobrego scenariusza, jednakże warto zobaczyć dla  masy kapitalnych gagów, nawiązań do G1 i (przede wszystkim) do Beast Wars/Machines i paru fajnych postaci jak Sky-Byte czy Scourge.

Ocena
6,5 Tetsujina


niedziela, 10 lipca 2011

Transformers: Beast Machines


Transformers: Beast Machines
Rok Produkcji: 1999 – 2000
Liczba odcinków: 13 (Sezon 1), 13 (sezon)

Opening i Ending

Fabuła
Gdy zastanawiam się nad scenariuszem BM mam wrażenie, że powstał po, lub w trakcie imprezy jaką urządzili sobie scenarzyści po otrzymaniu wypłaty za BW. A musiała to być bardzo solidna impreza z dużą ilością alkoholu, prochów i innych używek, bo chłopaki mieli jaja tworząc serię dużo trudniejszą w odbiorze niż wszystkie poprzednie i wszystkie następujące serie Transformers. Mówię tak nie dlatego, że zawartość jest kiepska. Wręcz przeciwnie - scenariusz jest świetny, doskonale zwieńczający Beast Wars i całe uniwersum G1.
Historia rozpoczyna się dość tajemniczo. Maximale w formach zwierzęcych uciekają przez opustoszały Cybertron przed dronami. Primalowi udaje się zebrać Maximale. Uciekają do podziemi, gdzie dostają się do wyroczni, która formatuje ich do nowych technoorganicznych form. Tymczasem okazuje się, że władze na Cybertronie przejął Megatron II, który za pomocą specjalnego wirusa spacyfikował populacje i odebrał wszystkim mieszkańcom iskry. Optimus wraz z resztą Maximali są ostatnią nadzieją, nie tylko dla pokonania Megatrona II, ale i dla odzyskania przez Cybertron swojego prawdziwego oblicza. Tak właśnie mniej więcej przedstawia się fabuła. W późniejszych odcinkach Megatron powołuje do życia trzech generałów Vehikonów, gdyż bezmyślne drony nie radziły sobie ze sprytniejszymi Maximalami.
Akcja w Beast Machines jest bardzo dynamiczna, w zasadzie nie ma tu miejsca na odpoczynek - status quo tutaj nie istnieje. Każdy odcinek popycha akcje do przodu, każdy odcinek jest ważny dla głównego wątku i dla postaci, nie tylko tych, na których skupia się dany odcinek, ale dla WSZYSTKICH. Klimat jest jeszcze lepszy. Pusty Cybertron, nigdy nie ustępujące poczucie zagrożenia, partyzantka jaka uprawiają Maximale, no i rzecz jasna sam rozwój akcji. Nie zabrakło, też oczywiście odrobiny humoru. Co prawda ledwo się on przeciska prze gęstą i ponurą atmosferę, ale jednak trochę go jest. Głównie w wykonaniu Jetstorma oraz w dyskusjach i przemyśleniach Rattrapa. Same dialogi stoją na bardzo wysokim poziomie. To nie głupkowate dialogi, czy hurraoptymistyczne dyskusje przepełnione pustymi frazesami. Beast Machines traktuje widza jak dorosłego, któremu można przedstawić mroczną historię ze skomplikowaną fabułą, która porusza trudne tematy.
Beast Machines to szczyt możliwości scenarzystów, którzy pracowali przy Transformerach. Jak dotąd, żadna seria nie zbliżyła się do poziomu jaki prezentuje BM. Oczywiście są też małe elementy, które mi się nie podobały. Największy to ostatnie starcie pomiędzy Opikiem, a Megatronem II. Nie chodzi o to, że było ono nudne, czy przegadane, tylko o fakt, że wcześniej wszystkie Maximale zostały wyłączone z rozgrywki. Bardzo to hollywoodzkie pokazać starcie o wszystko pomiędzy Leaderami. Osobiście wolałbym gdyby, wszyscy starli się z Megatronem i dzięki współpracy wszystkich Megatron zostałby pokonany, a nie gdy wszystko zawiedzie, dzień uratuje Optimus (obowiązkowo musi poświęcić swoje życie). No i design Nightscreama, który w robotmode, prezentował się jak pokrzywiona wersja Michaela Jacksona.   
Na koniec taka krótka dygresja na temat tego nieszczęsnego organicznego rdzenia, który powoduje takie wielkie kontrowersje… Nie jestem jakimś wielkim fanem Transformers, ale swoje już i obejrzałem i przeczytałem. Generalnie rozchodzi się o to, że Cybertron jest Primusem bogiem i stwórcą Transformerów, przez to nikt nie dopuszcza do wiadomości, że Cybertron może mieć jakieś organiczne części. Jednakże.. według G1 Marvel, Primus jest istotą bezcielesną, która po stworzeniu naszego wszechświata wniknęła w planetę, która stała się światem Tefów. Tyle, że jeżeli Primus był istotą bezcielesną, to dlaczego trzeba zakładać, że faworyzował istoty mechaniczne? Może na początku rozwijał obie formy? Aż jedna zdominowała drugą, albo jak w przypadku Borga ze Star Trek doszło do połączenia obu form (technoorganizmy, jakie też pojawiły się w BM), a potem doszło do zaniku organicznej części form…

Postacie
Największą zaletą Beast Machines są właśnie postacie. Dzięki temu, że kręcono tę serie w takiej, a nie innej technologii spowodowało, że, podobnie jak w Beast Wars, nie można było upchnąć tu do granic przyzwoitości masy postaci. Dzięki zaoszczędzonemu w ten sposób czasowi, scenarzyści postarali się bardzo solidnie rozbudować wszystkie pojawiające się w serii postacie. Wydarzenia przedstawione w serii bardzo sprawiają, że nasi bohaterowie bardzo się zmienią w porównaniu z tym jacy byli podczas Beast Wars. Szczególnie dotyczy to obu Leaderów. Obaj stali się skrajni (przynajmniej Op na początku) w swoich poglądach. Op chce zastąpić technologię organiką, a Megatron na odwrót - dąży do perfekcji technologicznego świata, w którym rządzić będzie pojedynczy umysł nad tysiącami dronów. Obaj mają obsesję i albo to zrozumieją, albo zaprowadzi ich ona do zguby. Każda przesada jest zła, a już w szczególności fanatyzm. Tutaj, choć mamy jasny podział na dobro i zło, to jednak nie jest to już tak czyste dobro i zło, jakie mamy chociażby w G1. Obaj się mylą i obaj po części mają rację. Jednakże tylko jeden jest zdolny do kompromisu, o ile zrozumie to zanim będzie za późno. Konflikt pomiędzy światem natury i techniki to główny motyw przewodni, ale znalazło się tu także pełno wątków pobocznych. Każdy z bohaterów ma własne „obsesje”, z którymi musi się zmagać. Arachna chce odzyskać (pierw samego, potem miłość Silverbolta). Rattrap ma problemy z dyscypliną, a Cheetor dorasta i w pewnym momencie staje się jedynym głosem rozsądku wśród Autobotów. Nightscream natomiast mierzy się z samym sobą. Vehicony na początku są ok, a interesujący zaczynają być w momencie kiedy dowiadujemy się, kim byli przed transformacją w Tancora, Jeststorma In Thrusta. Po nich następuje kolejna dwójka, ale jak dla mnie byli już zdecydowanie mniej interesujący i generalnie nie można o nich powiedzieć nic ciekawego, poza tym, że pochodzą z daaawnych czasów.  

Muzyka i Animacja
Pisałem już o tym, że nie lubię CGI? Jednakże wyjątkowo w wypadku Beast Machines trzeba przyznać, że nadspodziewanie dobrze działa i doskonale współgra z mrocznym klimatem serii. Jedyne do czego się mogę trochę przyczepić to wygląd eksplozji, które przywoływały mi na myśl eksplozje generowane przez Nintendo 64. Porównując z późniejszymi produkcjami spod znaku Transformers, czy innych seriali ”kręconych” w tej technologii, BM prezentuje się wyśmienicie. No i jak wspomniałem mniej postaci = lepiej rozwinięte postacie.
Muzyka również wspaniale pasuje do serii. Przypomina mi nieco kompozycje Brada Fiedela, który stworzył muzykę do Terminatora. Doskonale współgra ona z mrocznym klimatem pustego miasta.

Podsumowanie
Podobnie jak w wypadku Terminatora, trudno stwierdzić mi, która seria jest lepsza, czy pierwsze Beast Wars, czy opisany tu sequel. Pod względem fabuły i rozwoju postaci bezwzględnie lepszy jest BM. Jednakże BM spotkał się z dużo bardziej chłodnym przyjęciem. Osobiście uważam, że z BW mogłem spędzić więcej czasu, dlatego też będę musiał wybrać BW, choć i BM zasługuje na…

Ocena
10 Tetsujinów.