wtorek, 28 lutego 2012

Transformers

Transformers
Rok Produkcji: 2007
Czas Trwania: 144 minuty

Trailer


Fabuła
            Pamiętam jeszcze tę atmosferę podniecenia, gdy pojawiały się pierwsze zapowiedzi, potem trailery i, przed grande finale, pierwsze recenzje na zagranicznych stronach filmowych. No i w końcu premiera u nas, w wakacje roku 2007. Z tej okazji zorganizowany został mały zlot fanów TF we Wrocławiu. Wszystko było na "tak" (no może za wyjątkiem recenzji, których nie czytałem), a czy film nie zawiódł? Cóż,  przez fanów został przyjęty stosunkowo ciepło, z entuzjazmem, ale bez euforii. Mnie również wtedy się podobał.
            Nie wiem czy to przez atmosferę, która towarzyszyła mi przy seansie czy fakt, że zobaczę „next genowe” wielkie roboty przyćmił mój trzeźwy, a przy tym złośliwy i bezlitosny osąd. Bo teraz, gdy po latach oglądam go po raz kolejny, nie mogę się w nim doszukać jakichś większych zalet.
            Życie na planecie Cybertron zostało stworzone przez Allspark, a gdy doszło do wojny domowej pomiędzy Transformerami, Autoboty zdecydowały się wysłać sześcian w przestrzeń kosmiczną (wylądował wiadomo gdzie). Podążył za nim Megatron, jednak pokazując typową dla siebie niekompetencję rozbija się na Ziemi i zamarza na Kole Podbiegunowym, gdzie znajduje go dziadek głównego bohatera - Sama Witwicky’ego. W obecnych czasach Sam wystawia rzeczy po dziadku na alle… znaczy na Ebay i tak uruchamia całą lawinę „nieszczęść”. W skrócie dochodzi do starcia Autobotów i ludzi z Decepticonami, a stawką są losy świata i Allspark. W sumie schemat, bo i czego się więcej można spodziewać... hmm na pewno dobrego kina akcji z masą walk wielkich myślących maszyn i dobrych efektów specjalnych. No i chociażby przyzwoitej fabuły. TF z 2007 w roli kina akcji z nutką nostalgii sprawdza się średnio. Fabuła, a raczej jej przebieg jest ledwo tolerowalny, Sam i jego rodzinka jest nie do zniesienia. Nie wiem jak byłem w stanie to oglądać i nawet się uśmiechnąć podczas wizyty w kinie. Transformerów praktycznie nie ma, ich dialogi to może 10 w porywach 15% całości filmu. Z Decepticonami w zasadzie rozprawili się ludzie, bo Autoboty walczyć właściwie nie potrafiły. Dziwne jest też, że w połowie filmu znika jeden z Decepticonów - Barricade - i w ogóle nie jest wyjaśnione, co się z nim stało. W gruncie rzeczy największym zarzutem wobec tego filmu, jak i jego sequeli, jest to że obraz tak naprawdę nie jest o Transformerach, a o problemach nastolatka/młodego dorosłego w krzywym zwierciadle i z nieśmiesznym humorem, a także wielkim miłosnym listem dla armii Stanów Zjednoczonych Ameryki Północnej. Do tego Bay miał gdzieś fanów TF, bo widownia TF to dzieciaki albo dorośli pamiętający czasy gdy byli dziećmi. Transformers Bay’a to też nie jest film dla takich "Samów", tylko dla tych, co się nad nim znęcali w szkole. Niemniej film ma też trochę plusów. Sam początek: atak Blackouta robi spore wrażenie, także scena lądowania Autobotów jest bardzo mocna i świetnie buduje klimat (a że potem jest wciąż psuty to już inna sprawa). Humor, mimo iż przeze mnie już zbesztany, za sprawą Simmonsa potrafi rozbawić. Także „przypadkowe twory” Allsparka są zabawne (Xboxbot czy MouteinDewbot). Finałowa bitwa w Mission City też jest niezła i choć podoba mi się fakt, że ludzie nie są tylko nieszczęśliwymi ofiarami i potrafią walczyć, to proporcje pomiędzy udziałem Botów a ludzi są niewłaściwe. W zasadzie jedynym Decepticonem zniszczonym tylko przez Autoboty był poległy w walce na autostradzie. Resztę wykończyli ludzie.

Postacie
            Eee… postacie w tym filmie są… i tyle. Nic nie można o nich powiedzieć, nie dziwi więc, że do sequela przeszło ich niewiele. Nie ma co wspominać o hakerach czy sekretarzu obrony - byli, coś tam zrobili i tyle ich widziano. Rodzice Sama, jak i w zasadzie on sam, są wkurzający (aż żal, że go Megs nie zabił, oszczędził by go nam w sequelach). Dziewczyna grana przez Megan Fox ma ładny tyłek i tyle. Z ludzi jedynie Simmons, Lennox i Epps zapisali się dla filmu na duży plus (nic dziwnego, że wracali w kolejnych częściach). O reszcie można spokojnie zapomnieć, ich rola ogranicza się do pchnięcia fabuły naprzód i nic sobą nie wnoszą.
            Jeżeli w ogóle to możliwe, to z Transformerami jest dużo gorzej niż ludźmi. Ich wszystkie dialogi można zapisać na kartce A4. W zasadzie mówią jedynie w scenie przybycia i wytłumaczenia przez Optimusa Samowi czemu tu przybyli i kim są. Potem są milczącymi statystami, którzy przewijają się gdzieś w tle. O ich charakterze też świadczy jedynie scena przedstawienia się. Z Botów można wyróżnić Prime’a (w końcu to wódz i jedyny umiejący walczyć Autobot) i najsłynniejszego BBB, który (ukłony dla scenarzystów za ten pomysł) mówi za pomocą radia, bo jego syntezator głosu został uszkodzony. Decepticoni oprócz paru zdań wypowiedzianych przez Megatrona, Barricade’a i Starscreama nie mają ŻADNYCH DIALOGÓW!!! NIC. W gruncie rzeczy nic o nich nie wiemy, tylko to, że są źli i trzeba ich powstrzymać. Jest jeszcze dron (czy nie dron) Frenzy, który cierpi na ADHD, jest jedynym Decepticonem posiadającym znamiona charakteru.

Muzyka i Efekty Specjalne
            Najsilniejszym punktem tego filmu są efekty specjalne. Bardzo podobają mi się transformacje Tefów, a głównie płynność przechodzenia z formy robota do pojazdu lub na odwrót w zależności od potrzeby. Reszta też jest bez zarzutu i na bardzo wysokim poziomie wykonania. Szkoda, że takie efekty zmarnowały się w tak słabym fabularnie obrazie. Zgrzytem mogą być niektóre starcia robotów, gdzie jedyne, co było widać to dwie kupy metalu rozwalające się po okolicy.
            Muzyka też nie jest zła, wpada w ucho, a niektóre kawałki zostają w głowie jeszcze trochę po seansie. Zdecydowanie najbardziej podobał mi się kawałek z lądowania Autobotów na Ziemi.

Podsumowanie
Transformers Michaela Baya nie jest dobrym filmem. Ba, ledwo się mieści w kategorii filmów przeciętnych, takich dla których do kina idzie się dla efektów specjalnych. Niemniej nadał on pewien kierunek filmowym Transformerom, od teraz mogło być tylko lepiej (Bay mówił, że wziął do serca uwagi fanów) albo znacznie gorzej…

Ocena
5 Tetsujinów

piątek, 24 lutego 2012

Transformers Cybertron



Transformers: Cybertron
Rok Produkcji: 2005
Liczba Odcinków:52

Opening



Fabuła
            Nareszcie koniec trylogii Unicrona… I od czego by tu zacząć… Może od tego, że mamy do czynienia z najgorszą w historii produkcją z pod znaku Transformers. Jest to seria, w której nie działa nic i wszystko bez wyrzutu sumienia można wyrzucić do śmieci. Pytanie pierwsze, czy Cybertron działa jako sequel Energonu i Armady, szerzej o tym napiszę gdzie indziej, ale odpowiedź brzmi nie, jedyne co łączy te serie z poprzednimi „dziełami” z tej Trylogii to dwa statyczne rysunki z ostatniego odcinka i fakt, że czarna dziura będąca motorem tak zwanej fabuły jest pozostałością po Unicronie i tyle. Generalnie w swoich recenzjach, zawsze staram się znaleźć coś pozytywnego, jednak jeżeli student po egzaminie oddaje pustą kartkę, to nawet najbardziej życzliwy wykładowca nie jest w stanie zaliczyć takiej pracy. Taką pracą jest właśnie Cybertron…
            Sam pomysł w sumie nie był zły, nasi bohaterowie podróżują pomiędzy różnymi planetami i szukają planetarnych cyberkluczy, których siła pomoże powstrzymać rozrastające się nieczystości po Unicronie, a w tym zadaniu przeszkadzają im Decepticony. Nie brzmi źle, równie dobrze mogła to być fabuła paru odcinków trzeciego sezonu G1. Niemniej pomysł to nie wszystko, bo wszystkie elementy Cybertronu to jedna wielka katastrofa, tu po prostu NIC nie działa. Fabuła jest infantylna, nudna i tak przewidywalna, że dziesiąty seans Avatara niesie ze sobą więcej zaskoczenia. Planet jest zaledwie pięć w tym Ziemia i Cybertron, a pozostałe prześcigają się w kretynizmie swoich założeń, te trzy planety: Velocitron: planeta prędkości, Jungle Planet: jak sama nazwa wskazuje i Gigantion: zamieszkującą wielkie transformery. Wszystkie te planety (może za wyjątkiem Dżungli) prześciga się w głupocie i prostocie „kultur” jakie tam powstały Na Planecie Prędkości nie robią nic innego tylko się ścigają, na Gigantonie wciąż budują nie wiadomo po co i na co kolejne miasta. Naprawdę nawet najbardziej kretyńskie pomysły na obcych w G1 świadczą o kreatywności scenarzystów. Dialogi są głupawe, pełne zbędnego patosu i permanentnego infantylizmu, dobrane głosy w angielskiej (czy polskiej) wersji, wcale nie pomagają, wręcz potęgują wrażenie kompletnego zdziecinnienia serialu  może za często używam w tej recenzji tego słowa, ale i pogłębiają INFANTYLIZM!!! Scenarzyści co jakiś czas próbowali nas czymś zaskoczyć, ot typowy bunt Starscreama, nieco poprawił sytuacje nudnego schematu, a potem wszystko wróciło do normy, pojawił się też  nawet interesujący wątek planety X z postaciami Soundwave’em i Sidewayes’em, ale jak reszta i nawet w większym stopniu niż w Energonie. Wątek ten został potraktowany kiepskim wyjaśnieniem.
            Nie widziałem gdzie poruszyć kwestie choreografii walk czy tu czy w Animacji i Muzyce. Postanowiłem, jednak poruszyć go tu. Walki są OKROPNE!!! Wyglądają w następujący sposób: Transformacja 10 ~ 15s (absolutny rekordzista to fuzja Optimusa Prime’a i Leobreakera  na neutralnym tle niezależnym od miejsca pojedynku, potem wpinają sobie „MOC CYBERKLUCZA”, który też ma osobną animacje na osobnym tle. Zresztą pomysł cyberklucza to jeden z największych kretynizmów, o ile minicony w Armadzie dawały Transformerom dodatkowe zdolności czy broń, energon w Energonie, dodawał mocy i pozwalał na wytworzenie specjalnej broni. A cyberklucz? Uruchamia broń, która transformer już był wyposażony… Za to jest to zgodne z figurką…, ale popadam w dygresje. Dalej następuje atak beamspamu, który w kompleksy wpędzi nawet Gundam SEED i drugi sezon 00. Oczywiście też dochodzi do starć bezpośrednich, które wyglądają tak jakby ktoś wziął zabawki i się nimi bawił, wygląda to co najmniej pokracznie. Całkiem ciekawie wyglądał pojedynek Primusa ze Starscreamem, gdzie Primus wziął swoje księżyce i użył ich jako broni, przywiodło mi to na myśl Gundam Hammery z Turn A Gundam, wraz z koroną Starscreama kojarzyło mi się z dużo lepszymi seriami, które wolałbym oglądać zamiast tego INFANTYLNEGO, POZBAWIONEGO JAKICHKOLWIEK AMBICJI CRAPU, MAJĄCEGO NA CELU TYLKO I WYŁĄCZNIE SPRZEDANIE KIEPSKICH ZABAWEK!!!

Postacie
Zacznę od Decepticonów, bo ich tu jest najmniej. W Cybertronie dostaliśmy najbardziej niekompetentną zgraję idiotów, którzy jedyne co potrafią zrobić, to wywołać facepalm na naszych twarzach. Decepticony, za wyjątkiem Megatrona i Starcreama to postacie wyłącznie komediowe, a i te „poważniejsze” postacie nie są lepsze. Wszystkie dialogi Megsa ograniczają się do wymieniania przed przypadki słów: siła i moc, całkowity brak jakiegokolwiek planu poza porównywaniem swojego stalowego penisa z penisem Optimusa. Przecież ta cholerna czarna dziura rozwali wszystko a ten tępy idiota jedyne co chce to się dopakować, zresztą Megs i jego drużyna są jak upierdliwe komary, które co jakiś czas żądlą bohaterów, nie wyrządzając im przy tym krzywdy, albo są jak banda nicponi ze szkoły, którzy lubią dokuczać swoim kolegom. Nawet rekrutacja idzie im mizernie, bo poza dwoma Tefami,  wszyscy pozostali mieszkańcy swoich planet, którzy dołączyli do Megsa szybko poprzechodzili na stronę botów, aż dziwne że są jakieś zabawki z Cybetronu z logiem Decepticonów…  
Autoboty są nieco lepiej zrobieni i nie są klaunami jak ich przeciwnicy, chociaż infantylizm wyłazi z nich na każdym kroku, są miałcy i kompletnie nie zapadają w pamięć, ani mieszkańcy pozostałych planet, ani podstawowa grupa. Optimus jest jak zwykle Optimusem i wygląda stosunkowo solidnie na tle reszty, wszyscy są generalnie wzięci z arkusza: „RPG dla początkujących”.
Warto też nadmienić niewyraźny promyk nadziei na ciekawszą postać jaką był Scourge: władca planety dżungli, który choć jest niby był planowany jako ten zły, to jednak widać, że zależy mu na jego świecie i uważa swoje zasady za koniecznie dla przetrwania w dżungli. Mógłbym powiedzieć, że postać nędznieje przez jego relacje z Lori, ale nie Scourge ze listy porządnych postaci skreśla jego dołączenie do Decepticonów, mimo że ci odcinek czy dwa wcześniej chcieli sfajczyć jego dżunglę… A niby honor i właśnie jego świat są dla niego najważniejsze… I mimo, że potem się rehabilituje i dołącza do klubu miłośników infantylizmu, to wcale go nie ratuje jako postaci, jest tylko smutnym świadectwem o niekompetencji i lenistwie scenarzystów.
Ludzie… trójka kiepskich klonów armadowskich dzieciaków… szczerze? Jestem już zmęczony Cybertronem i ciągłym wypisywaniem co jest tutaj nie tak, dzieciaki uwaga słowo które często wykorzystuje w tej recenzji są: Infantylne!!!, denerwujące i są gorsze nawet od Daniela z Headmasters… Reszta ludzi nie jest lepsza, a dorośli są nawet gorsi niż te dziciaki…
Jedynym fajnym Transformerem był Signal Lancer (jego kumpel Budka Telefoniczna też był niezły), który skrywał się pod postacią sygnalizatora, był ciekawszą postacią niż wszyscy pozostali razem wzięci… Szkoda, że Cybertron nie skupił się na jego przygodach…

Animacja i Muzyka
Podobnie jak w Energonie, mamy tu do czynienia z połączeniem budżetowej animacji 2D znanej z tasiemcowanych serii z tamtego okresu i kiepskiej jakości CGI, w którym te same sekwencje są wykorzystywane co chwilę: Transformacje, strzelanie, ładowanie cyberklucza itd. Długość transformacji sięgnęła tak absurdalnych długości, że nawet twórcy się z orientowali, że przesadzili i powstawiali dialogi podczas ich trwania. Same transformery wyglądają tak jak topowe wersje ich zabawek o w zasadzie identycznej artykulacji (Tefy z serialu mogą poruszać palcami), czyli jak wielkie nieruchawe kloce, albo bardziej dokładnie jak zabawki, jak powiedział Klejpull z forum Transformery.pl: „Cieżko chwalić wiernosć figurek modelom CGI, bo to praktycznie serial o zabawkach- czekałem na moment aż któryś z Autobotów podczas walki nie obróci głowy bo artykulacja figurki mu na to nie pozwala”.
 Za to designy to już inny kryminał… Pod tytuł serii mówi: Robot’s in Disguise i mało ma to wspólnego z rzeczywistością, owszem część transformerów transformuje się w coś rzeczywistego są to postacie czwarto planowe nie mające na fabułę żadnego wpływu, to jednak wszyscy główni bohaterowie zamieniają się w bliżej nieokreślone futurystyczne pojazdy, zresztą sporo mówiło się o przysłowiowym „Batmobilu” w który transformował się Megatron.
Muzyka… cóż… całkowicie nie zapadła mi w pamięć i nie mam co na jej temat pisać, tylko tyle, że remix słynnego theme songa z G1 nie wyszedł najszczęśliwiej.

Dubbing Angielski
Tu jest ciekawie i wyjaśnia różnice  (ale nie usprawiedliwia) pomiędzy wersją oryginalną a amerykańskim tłumaczeniem. W Japonii scenarzyści doszli do wniosku, że nie ma co kontynuować straconej już trylogii i chcieli stworzyć coś nowego tak narodziła się seria Galaxy Force, niemniej amerykanie chcieli mieć trylogię, zatem na szybkiego i jak zwykle na kolanie zmienili zarówno fabułę jak i linie dialogowe, aby choć iluzorycznie połączyć Cybertron z poprzednimi rozdziałami trylogii. Nie będę się rozwodził nad tym, czy skok jakościowy pomiędzy GF a Cybertronem jest jakiś oszołamiający, bo japońskiego odpowiednika nie oglądałem, a podobno jest świetny. Nie mnie jednak przyjdzie ocena Galaxy Force.

Podsumowanie
Były już porównania szkolne, czas zastosować analogie medyczną w stosunku do Trylogii Unicrona. O ile Armada to był chory pacjent, którego stan się poprawiał, Energon zaczął jako pacjent w stanie dobrym, jednak pogorszył się do agonalnego, za to Cybertron to podgniłe zwłoki rozwłóczone przez psy… Cybertron to katastrofa, równie dobrze ta recenzja mogłaby mieć i 20 stron i dalej bym nie wyczerpał tego co Cybertron robił nie tak. Kończąc jeżeli już musisz, to ogranicz się drogi czytelniku do Armady z Trylogii Unicrona, bo kolejne części to coraz większa katastrofa a apogeum to właśnie Cybertron.

Ocena
1 Tetsujin

niedziela, 15 stycznia 2012

Armored Core Aspina White Glint - relacja z budowy

Jako, że to mój pierwszy wpis, zacznę od kilku słów o sobie.
Wielkie roboty fascynowały mnie już od dawna. Głównie za sprawą serii gier Front Mission i Armored Core. Ostatnimi czasy zamiłowanie to przybrało inny wymiar. Przywiozłem z wycieczki Japonii modele robotów... i wsiąkłem w modelarstwo.
Moje posty będ ą głównie relacjami z budowy kolejnych mechów i pewnie jakieś news'y dotyczące gier z mechami.
Ale do rzeczy.

Armored Core Aspina White Glint 1/72 by Kotobukiya
To mój pierwszy model, dlatego nie posiadam zbyt wielu zdjęć z budowy. Dopiero podczas składania kolejnego za namową przyjaciela (pozdro Kroolik), zacząłem dokumentować fotograficznie relacje.

Model składa się z ponad 300 części. Poszczególne elementy są z kolorowego plastiku (w tym przypadku głownie kilka odcieni szarego). Dzięki temu gotowy robot będzie się nieźle prezentować nawet bez malowania. Widziałem jednak modele malowane i różnica jest kolosalna. Dlatego zabrałem się także za malowanie.

Gotowa figurka ma ok. 17 cm wysokości i sporo ruchomych elementów. Dzięki ruchomym połączeniom rąk i nóg, możemy ustawiać robota w różnych pozach. Także niektóre bronie mogą się skłądać.

Przed złożeniem
Głowę tworzy 17 małych elementów

W górnej częsci nóg widać jedne z połączeń, które umożliwiają ruch

Model posiada kilka wersji rąk. Przystosowane do trzymania broni, bądz otwarte.
Zmieniamy je w miarę potrzeb

Gotowy robot
W prawej dłoni robot dzierży karabin szturmowy Rosenthal MR-R102, na lewym przedramieniu miecz laserowy Omer EB-O305

Zbliżenie na korpus

Działko laserowe Omer EC-O300 przygotowane do strzału

Z boku mech jest dużo smuklejszy niż od frontu

Porównanie wielkości Aspina White Glint z wanzerem Zenith z gry Front Mission

Kolejnym etapem miało być malowanie. Okazało się jednak, że dużo latwiej jest malować poszczególne elementy przed złożeniem.
Obecnie robot znajduje się w warsztacie, rozłożony na cześci i czeka na malowanie. Miałem z tym nieco trudności więc prace zostały odsunięte na dalszy termin.

W tej chwili pracuję nad nowym modelem na konkurs. Z powodu zasad konkursowych nie mogę prezentować zdjęć przed opublikowaniem wyników. Ale obiecuję galerię po wszystkim.

wtorek, 3 stycznia 2012

Agencja Prasowa Gwaden




Kolejne AMV produkcji Agencji Prasowej Gwaden! Trailer 300, jest niesamowicie łakomym kąskiem do robienia najróżniejszych przeróbek i parę Gundamów już jest, niemniej z UC jak dotąd jeszcze nic się nie pojawiło :). 
Miłego oglądania :).

środa, 28 grudnia 2011

Transformers Energon



Transformers Energon
Rok Produkcji : 2004 - 2005
Liczba Odcinków: 52

Opening



Fabuła
            Energon… jedna z serii powszechnie uznawanych za najsłabsze z całego multiwersum Transformers. Zresztą mnie samemu, oglądając Energon po raz pierwszy na polskim Cartoon Network, niemalże rzygać się chciało z każdym kolejnym, coraz słabszym epizodem. Wynikało to z wielu faktów. Raz, że sam Energon nie jest arcydziełem kinematografii, a dwa miał pecha lecieć w czasach gdy byłem wojującym fanem starej animacji (fanem zostałem, ale już nie jestem wojujący). Zatem po „wielu” latach, gdy postanowiłem obejrzeć i zrecenzować wszystkie serie TF do jakich jest jako taki dostęp, przyszedł czas na ponowne spotkanie z Energonem i…
            Niewiele zmieniłem zdanie. Seria jest bardzo słaba, miejscami wręcz nie do oglądania. Szczególnie przez niektóre postacie (Bulkhead!). Wszystko zaczęło się wcale nieźle i początek był obiecujący. Niestety scenarzyści postanowili cyklicznie likwidować wątki, które miały szansę na naprawdę interesujące historie poboczne i „osobiste”. Wygląda na to, że twórcy, którzy tworzyli całkiem znośną Armadę, stracili zapał i wypadli z formy zaledwie po kilku odcinkach. Największym bólem według mnie był powrót do status quo. Powrót Megsa i koniec pokoju między Decepticonami i Autobotami może i by dało się poprowadzić dobrze, gdyby postacie były choć trochę ciekawsze, albo nie usuwano z takim zapałem ciekawych pomysłów. Wtedy byłoby naprawdę przyzwoicie i łatwo byłoby przebić Armadę. Niestety niemal wszystko co widzimy zawodzi: Postacie, animacja, muzyka, choreografia no i rzecz jasna najważniejsze: fabuła. Nie tylko scenarzyści pozbywają się ciekawych wątków (vide Demolishor, czy Scorponock), ale i fabuła gubi się sama w sobie. Odcinki ogląda się źle i tak naprawdę są bardzo męczące, albo przez dialogi albo przez kiepskie walki.        

Postacie
            Najgorsze, że nie wiem od czego tu zacząć. Bo wszystko tu jest źle… no z paroma wyjątkami. O dziwo całkiem niezły był Kiker, który w przeciwieństwie do reszty dzieciarni z UT, wcale nie chciał wejść w stalowy odbyt Optimusa … przynajmniej jeszcze gdy Energon dało się oglądać. Misha w sumie też była ok. Taka typowa love interest w serialach tego typu. Niestety reszta ludzkiej obsady jest już nie do zniesienia. Szczególnie wesołkowaty ojciec rodziny, będący szczytem szczytów irytacji. Mamusia i siostrunia Kickera są już bardziej strawne. Niestety zbyt często występują razem w zestawie z Ojcem. Nawet już nie wiem, dlaczego są tak wkurzający czy to wina kiepskiego dubbingu czy jeszcze gorszych dialogów, ale jak zwykle pewnie jest to suma wszystkich strachów. Poza nimi występują jeszcze gościnie nieco „dojrzalsze” postacie z Armady. Brr.. Postacie z Armady są powiewem jakości…
            A teraz kwestia transformerów. O dziwo nie jest jakoś najgorzej, ale już wspomniane przeze mnie rozpaczliwe wręcz likwidowanie dobrze rokujących wątków pobocznych wszystko psuje. Demolishor jest tego najlepszym przykładem. Mógł być rozdartą osobowością pomiędzy lojalnością wobec Megatrona, a przyjaźnią z  Kickerem i Botami, ale niestety ledwo zaczęło być ciekawie, a Megatron zrobił mu Format C:. Podobnie zresztą gdy przebudowani zostali Cyclonus i Tidal Wave. Shockblast i jego brat Sixshot byli jedynie cieniami tych postaci, którymi mogliby być (szczególnie zawodzi na tej linii poprowadzenie postaci Sixshota). Z kolei Megatron jak to Megs, jak zawsze jest to stereotypowa do bólu ograna postać.
            Z Botami można by rzec jest jeszcze gorzej. W zasadzie wszyscy mnie denerwują i nie wykazują żadnych symptomów sympatii. W zasadzie jedynie Wing Saber i Superion Maximus przejawiali oznaki dobrze zrobionych postaci. Szczególnie wkurzający byli zaś członkowie Ironhide Team (pojawili się późno w serii) i Bulkhead grający role „dziadkowatego" transformera przekraczając przy tym wszelkie granice irytacji. Opik jak to Opik jak nie można już na nic liczyć, to przynajmniej można oprzeć się o stare schematy, tyle że Opik trochę przytył od tego dobrobytu. No i Omnicony dawały też radę.
            Bezfrakcyjny Scorponock był ciekawy, dopóki był bezfrakcyjny, potem format C i podzielił losy wszystkich ciekawych „złych”.
           

Animacja i Muzyka
            Boooooli… i to baaaardzo boli. Animacja otoczenia czy postaci ludzkich, nie jest co prawda jakaś najgorsza, raczej standardowa dla typowych masówek robionych w tamtych czasach (Digominy, Pokemony i inne bączki czy karty). To CGI wykorzystane do przedstawienia transformerów jest baaardzo fatalne, wręcz odbierające jakąkolwiek przyjemność z oglądania. Roboty wyglądają tak jak ich zabawki – toporne i ledwo ruchawe kloce. Dodatkowo artykulacja i sposób ich poruszania wywołuje jedynie śmiech… Bardzo dziwne, a zarazem ciekawe są momenty gdy transformery nie są z CGI a zrobione w dosyć wysokiej jakości animacji 2D.

Spora różnica, prawda? Jeżeli Energon by tak wyglądał jak w drugim screenie, to oglądałoby się go dużo lepiej.

Dubbing Angielski
            Nawet nie wiem, czy mogę napisać tu cokolwiek więcej niż zrobiłem to w recenzji Armady. Generalnie Energon ma tłumaczenie nieco lepsze od tego co mieliśmy w pierwszej części Trylogii Unicrona. Wciąż są małe wpadki w tłumaczeniu, czy mylenie imion. Niemniej nie było tak rażących błędów jak w Armadzie. Najgorzej wypadły głosy wspominanego już Bulkheada i rodziny Kikera.

Podsumowanie
            Zatem czy Energon zasłużył na swoją kiepską opinię? Zdecydowanie tak. O ile Energon zaczął się bardzo dobrze z niezłymi ludzkimi postaciami rokującymi dobrze, to z każdym odcinkiem było coraz gorzej, aż seria sama zgubiła się w sobie. W dodatku kiepska oprawa audiowizualna serii nie pomogły. Niemniej Energon sprawił się lepiej niż zapamiętałem gdy leciał na polskim Cartoon Network. A czy zasługuje na miano najgorszej serii TF? Przekonam się bo seansie Cybertronu…

Ocena
3 Tetsujiny

środa, 16 listopada 2011

Mobile Suit Gundam Unicorn 4



Mobile Suit Gundam Unicorn
Rok Produkcji: 2010 - 2011
Ilość Odcinków 6 (wyszły cztery)
Czas trwania: około 60min.

Trailer


Najlepiej czasami komentować coś na świeżo, więc piszę ten tekst tuż po zakończeniu seansu najnowszego odcinka Unicorna… Więc jak wrażenia? Jest wyśmienicie, jest genialnie i nawet nie wiem od czego tutaj zacząć, ponieważ chciałbym coś zachować na recenzje całej serii, nie wyczerpując wszystkich pomysłów podczas pisania tych krótkich opinii…
Zatem od czego by tu zacząć… Już wiem, od tego co zawsze najłatwiejsze do odczucia, a zarazem najtrudniejsze do opisania- klimat. Unicorn to UC i to widać z każdym kolejnym epem coraz bardziej. Co więcej jest to epickie UC, a Unicorn chyba już zdeklasował konkurentów w tej mierze. Jest smutno, jest ulotna nadzieja i jest tragedia. To co zawsze cechowało kolejne produkcje z tego uniwersum (nie licząc jednej OVY). Klimat ten został doskonale uchwycony w kolejnych filozoficznych dyskusjach pomiędzy poszczególnymi bohaterami (choć nieco zwykłych dialogów mogliby dać nieco więcej, aby choć trochę odciążyć odcinek i zmniejszyć ryzyko wpadnięcia w patos).  Bitwy, a raczej jedna wielka bitwa jest niezwykle epicka…  Jej epickość nie opiera się na tym, że nasz dzielny Gundam lata w tę i w tamtą stronę i pojedynczymi strzałami rozprawia się z tysiącami wrogich maszyn. Tu mamy ukazaną operację wojskową w której udział biorą jedynie maszyny masowej produkcji co stwarza niesamowity klimat, który dopełniają kolejne krótkie potyczki pomiędzy dzielnymi żołnierzami Zeonu, a siłami zgnuśniałej Federacji. Robi to ogromne wrażenie i bardzo trudno to opisać słowami. Ogólnie jest wyśmienicie i mam nadzieję, że w kolejnych odcinkach raczej nie zobaczymy beamspamu tylko jak do tej pory kunsztowne potyczki wielkich robotów. Od strony zarówno klimatu jak i oprawy audiowizualnej to arcydzieło. I chyba jedynie OST od Turn A wciąż pozostaje najlepszym dla mnie soundtrakiem.
Przejdźmy teraz do fabuły i postaci.     
Ukazana tu opowieść coraz bardziej kroczy tymi smutnymi ścieżkami, nie spodziewam się więc dobrego zakończenia. Raczej zanosi się na takie jak zawsze - powrót do status quo zapewniony przez wiernego pieska Federacji Brighta… Generalnie to nie jest dobry odcinek zarówno dla fanów Zeonu, jak i fanów Federacji (a są tacy?). Jest tak z dwóch powodów. Po pierwsze nasi dzielni mieszkańcy z kosmosu kolejny raz dostają wciry, a po drugie ziemskie bydło dostarcza nam coraz więcej powodów aby ich nie lubić… Cóż, świat UC jest brutalny i nie wystarczy pacyfistyczny bełkot nastolatka z autyzmem/lub grupy nastolatków, aby świat skierował się na właściwe tory… Jestem więc nieco przybity tym odcinkiem. Był dobry, był ostry, ale coraz bardziej odbiera mi nadzieję na w miarę szczęśliwy finał… Postacie są bardzo solidne. Widać w nich co prawda archetypy znane z poprzednich Gundamów, ale jak rdzeń jest dobrze wykorzystywany to nie mam z tym większych problemów. Mineva wciąż „rządzi”, Maridy coraz bardziej mi żal, a co do Linksa to mam wciąż mieszane, ale i tak pozytywne odczucia. Co do Riddhe’a wreszcie, to coraz bardziej go nie lubię (ale gość mnie nie drażni! To różnica). Generalnie jest bardzo dobrze. Z resztą postaci również się zżyłem jak np. z Zimmermanem i jego załogą. Bardzo podobali mi się członkowie pozostałości Zeonu na Ziemi. Wielka szkoda, że ich już nie zobaczymy.
Odcinek nie jest bez wad,  jest momentami za bardzo pompatyczny i brakowało mi nieco bardziej normalnych dialogów. Do tego niesamowite sceny batalistyczne doskonale oddające klimat walk wielkich robotów. Oby Unicorn utrzymał wysoki poziom. Czekam z niecierpliwością na kolejny odcinek. Dobra, koniec lukrowania…

PS. Mam nadzieje, że ta nędzna Federacyjna podróbka Black Tri-Stars zginie marnie…

środa, 19 października 2011

Agencja Prasowa Gwaden


Kolejna AMV wydane przez Agencje Prasową Gwaden! 
Tym razem jest to hołd dla War In the Pocket.