Jedynie upierdliwe było naklejenie trzech naklejek na te trzy szare elementy na głowie, poza tym budowa przebiegła bez większych problemów. Fajnie też spisuje się "mechanizm" zasłaniania i odsłaniania oczu. Nieco kojarzy mi się z typkiem z gry M.D.K.
Korpus
Kolejne bezstresowa prosta konstrukcja z jedną dużą fioletową naklejką na przodzie. Korpus jak i cały model sprawia wrażenie komplikacji na poziomie HG, zatem jest tutaj momentami co robić. Mamy tutaj bardzo fajny element w postaci silnika(?) modelu.
Ręce
I w zasadzie znów to samo co wypadku korpusu. Taki prosty High Grade z dodatkiem naklejek. Fajnie się prezentują, a pojedyncze manipulatory są w pełni satysfakcjonujące, nie mogłem się jedynie przyzwyczaić do tego, że nie trzeba ich rozbierać przy uzbrajaniu modelu.
Nogi
Nogi są fajne, proste w budowie i mają przyzwoity design: bogaty w szczegóły, widać że coś tuaj się dzieje, do tego te ala kowbojskie buty z ostrogami...
Krocze
Jak w HG, parę elementów, ze dwa machnięcia markerem i krocze gotowe!
Tuż przed złożeniem modelu
I Po złożeniu
Uzbrojenie
Broń ma dwa tryby Kosy i tradycyjny karabin maszynowy. Fajnym patentem jest sposób uzbrajania LBXa w kosę bez potrzeby rozbierania manipulatorów. Miłym akcentem jest też ostrze kosy z przeźroczystego plastiku.
Ehh... Ja… Bardzo lubię gości z Triggera… Niestety
jakoś dziwnie się składa, że to co mi się najbardziej podoba, nie powstało w
czasach preTriggerowych (chociażby Gurren Lagan), ale dopiero po uformowaniu
studia, gdy rozpoczęło się tworzenie samych perełek w stylu Kill La Kill czy
Witch Academy. Diebuster jest niestety serią z czasów, gdzie Trigger był
jeszcze w Gainaxie. Co za tym idzie, już wiecie dlaczego ta recenzja nie jest
podzielona na sekcje i jest jednym wielkim głosem niezadowolenia z mojej
strony.
Najgorsze jest to, że tekst o Diebusterze powstaje
całe dwa miesiące po tym jak skończyłem oglądać ostatni epizod, a co za tym
idzie niewiele z tego pamiętam. Prawda jest taka, że niewiele było tam do
zapamiętania. Cała ta 6 odcinkowa OVA popełnia najgorszy grzech sequeli: Jest ona całkowicie zbędna, a co
gorsza podkopuje wartość oryginalnego Gunbustera. Przypieczętowało to w moich
oczach Gainax jako studio, które nie dość, że poza granice dobrego smaku doi
swoje franczyzy, to jeszcze do tego robi to po linii najmniejszego oporu - albo
po prostu wypuszcza daną serię w kilku(nastu) różnych wersjach (Evangelion),
albo tworzy coś co wspólnego z oryginałem nie ma za wiele, albo w ogóle nic,
wspólnego. Taką właśnie serią jest niestety Diebuster.
Wybrano ludzi z przyszłego Triggera, którzy kompletnie
się do tego zadania niestety nie nadawali. Nie ten styl i nie ten klimat.
Oryginalny Gunbuster zachowywał sporo podobieństw do klasyki SF w rodzaju 2001:
Odysei Kosmicznej czy Łowcy Androidów. Technologia w tym quasi sequelu jest
równie mocno odrealniona i kuriozalna jak w pozostałych seriach tej ekipy, ale
co sprawdzało się w Kill La Kill, kompletnie nie sprawdzało się w serii w
uniwersum Gunbustera. Diebuster wyglądał raczej jakby to był zerowy sezon
Gurren Lagann. W zasadzie wszystkie designy czy pomysły na technologie doskonale
by się z tą serią komponowały. Sam scenariusz w pewnym momencie zaczął
wskazywać na to, że ta ekipa jednocześnie pracowała nad oboma serialami, ale
miała mało czasu, więc te same pomysły lądowały w obu projektach.
Fabularnie, jak
pisałem wcześniej, nie ma w zasadzie o czym mówić. Seria usiłuje powtarzać to
co było w Gunbusterze, tylko, że robi to słabiej. Zresztą od pewnego
momentu przestałem na fabułę specjalnie
zwracać uwagę, bo nie było tu nic godnego uwagi. Z postaciami było już trochę
lepiej - obie główne bohaterki nawet dały się lubić, ale nie było w tym nic
specjalnego, ot rzemieślnicza robota. Reszta postaci jest pomijalna - ot trójka
jakiś tam wątek miała, ale wątki te raczej sprawiały wrażenie zapychaczy.
Niemniej… to anime
ma jedną zaletę (sam nawet byłem zaskoczony jak przemordowałem się do połowy
ostatniego odcinka), której niemal udało się zrehabilitować całą serie.
Niestety, ale tylko prawie. Doskonałe zakończenie, mające ducha starego
Gunbustera z nutką szaleństwa tak charakterystycznego dla twórców Kill La Kill,
to tutaj za mało. Szkoda, bo nie dość, że klimat został zachowany, to ostatnie
minuty stanowiły doskonały hołd dla oryginalnej OVY. Te niecałe 12 minut to
jednak zbyt mało, abym polubił tą OVĘ, wielka szkoda.
Diebuster jest
kolejnym smutnym przykładem na to, że dla GAINAXa „Dobra solidna robota” jest wyrażeniem obcym i niezrozumiałym…
przykre.
Gunbaster trafiał na listę Anime do
obejrzenia wielokrotnie, ale głównie z powodu mojego zapominalstwa, bądź
„ważniejszych” serii do obejrzenia, ciągle go przekładałem. Niemniej, w końcu
czas nadszedł na rozprawienie się z Gunbusterem, kolejną serią z nielubianego
przeze mnie Gainaxu, od jeszcze mniej lubianego przeze mnie Anno.
Nie chciałem lubić Gunbastera,
starałem się wciąż szukać dziury w całym i po prostu walnąć kolejnego paszkwila
pokroju mojej opinii na temat EVY. Niestety Gunbuster mi na to nie pozwolił. Od
początku postawił sprawę jasno: „jestem sympatyczną serią i kropka”. No i
polubiłem Gunbastera. Jasne, ma trochę wad, czy nieścisłości tu czy tu, ale za
to ogląda się go wyjątkowo dobrze, a i klimat ma bardzo dobry.
Największym problemem tej serii jest
chyba to, że to w zasadzie dwie serie, o dwóch niemal diametralnie innych
klimatach. Pierwsze cztery odcinki to typowe SuperRobots z elementami Real i z
dużą dawką zdrowego humoru oraz z jasnym jak słońce morałem. Natomoast dwa ostatnie
epy, to już inny kaliber - dużo cięższe zarówno pod względem fabularnym jak i
klimatu, który bardzo spoważniał. Osobiście mam bardzo mieszane uczucia, co do
takiego zabiegu. Byłem przyzwyczajony do lekkiego klimatu, a tu nagle na koniec
dostaję ciężkim młotem po głowie. Był to szok - dobry szok, ale mimo wszystko
szok. Coś jak nagła zmiana klimatu w ZZ Gundamie, tyle, że w Gunbusterze
przejście to było nieco bardziej płynne.
Świat przedstawiony jest bardzo
dobrze zarysowany, a cała technologia dostała mikroserię w postaci Gunbuster
lessons, gdzie główni bohaterowie przedstawiają osiągnięcia nauki Ziemi Gunbustera
w przystępny sposób, chociaż niektóre rozwiązania obecnie uważam za dyskusyjne
(chociażby 13 planet w Solu). Jednak czar SF w serii czuć w odcinkach 5 i 6,
gdy seria poważnieje i w kapitalny sposób zostaje wykorzystana różnica upływu
czasu miedzy statkiem naszych bohaterów o Ziemią. To buduje świetny klimat,
momentami wpadający w melancholię tak dobrze mi znaną z Cylindra Van Troffa
Zajdla. Do tego klimat hard SF potęguje zabieg stylistyczny w ostatnim odcinku
- brak kolorów. Czerń i biel dodała epickości i spotęgowała klimat, ale… mam do
tego rozwiązania również mieszane uczucia. Dużo lepszym, moim zdaniem,
rozwiązaniem była mieszanka scen w kolorze (Ziemia) i w czarni i bieli sceny w
kosmosie (a w szczególności zakończenie). Jeden z najpiękniejszych,
najsmutniejszych i jednocześnie szczęśliwych epilogów, jakie miałem okazje
ostatnio oglądać.
Postacie
Eh… Po Evangelionach stwierdziłem,
że Anno nie umie pisać postaci. Gunbuster w zasadzie potwierdza mi tą tezę,
tylko, że w przypadku tej serii to nie przeszkadza. Postacie, choć mocno
niedoskonałe, to w przeciwieństwie do późniejszych (prze)tworów Anno postacie są
sympatyczne i w praktyce nie da się ich nie lubić. Noiriko to typowa główna
bohaterka, której brakuje pewności siebie, ale dzięki ciężkiej pracy i pomocy
przyjaciół potrafi przenosić góry. Do tego jest fanką mangi i anime (w jej
pokoju wiszą plakaty Mojego Sąsiada Totoro i Nausicii (sam chciałbym taki
mieć), a w micro serii o nauce w jednym epizodzie cospley’uje wszystkie
klasyczne Sailorki (plus Taxido). No i tak naprawdę to właśnie ona posiada
prawdziwy rozwój i do tego bardzo łatwo się z nią identyfikować. Jej koleżanka
i idolka - Kazumi - podobnie jak Noriko jest sympatyczna. To ona jest zazwyczaj
głosem rozsądku i strofuje nieco zbyt emocjonalną młodszą koleżankę. Ma jednak
parę dziwnych momentów, szczególnie przy drugiej dyskusji na temat tego, że
Noiriko nie może brać udziału w walkach, mimo że podobna dyskusja odbyła się
jeszcze przed wylotem naszych bohaterek w kosmos. Jest też bohaterką dosyć
dziwacznego wątku romantycznego. „Trener” Otha to taki prototyp dla Gendo. Gendo
to taka wersja demo Othy. Gość jest surowym instruktorem, który wyciska
dziewiąte poty z naszych bohaterek, a do tego, upiera się, że w niezdarnej i
przerażonej dziewczynie drzemie ogromny potencjał, który pozwoli uratować
ludzkość. Jung Freud to pilot z ZSRR (naprawdę zabawnie wychodzą takie rzeczy,
gdy w latach 20XX wciąż jest mowa o ZSRR). Początkowo to rywalka Kazumi, a
później bliska przyjaciółka głównych bohaterek. Fajna postać poboczna, ot typowa
twarda dziewczyna z zawadiackim wyrazem twarzy. Generalnie to z jej powodu
pochlipywałem przy napisach końcowych. No i na koniec Kimiko. Koleżanka Noiriko
z akademii, która zawsze ją wspierała i podtrzymywała na duchu. W
przeciwieństwie do innych koleżanek nigdy nie podejrzewała Noiriko o to, że jej
wybór do lotu w kosmos to efekt nepotyzmu. Do tego w późniejszych odcinkach
staje się punktem odniesienia. Gdy nasze bohaterki wracają pierwszy raz, Kimiko
jest już młodą matką, gdy wracają jej córka jest już nastolatką. To właśnie
głównie dzięki niej mamy ten niezwykle melancholijny klimat serii.
Mechy
Tutaj wyszło w zasadzie najsłabiej.
Generalnie podstawowe maszyny w serii wyglądem przypominają Getta Robo i
średnio pasują do całkiem „poważnego” SF, jaki mamy w tej serii. W sumie broni
się jedynie sam Gunbuster i jego wersja produkcyjna. Same bitwy też
niespecjalnie wyglądały. Szczególnie, gdy oglądaliśmy je z perspektywy kokpitu,
gdzie otrzymaliśmy mało ciekawe pętle animacyjne. Choć trzeba oddać sprawiedliwość,
gdy miały wyglądać epicko to wyglądały (w późniejszych epach).
Animacja i muzyka
Animacja to taki standard przełomu
lat 80tych i 90tych w OVAch, czyli baaaaaaaaaaaardzo ładna i przy tym ręczna. Jasne
to jest Gainax, więc trochę mocno rzucających się w oczy pętl animacyjnych jest
(szczególnie podczas scen pokazujących pilotowanie mechów). Do tego takie
dziwne wstawki, bo Mechy ogólnie niby nawiązywały swoim malowaniem do państwa,
z którego pochodzą, ale tak np. mamy MSa z logiem Adidasa… Czyżby w przyszłości
było państwo dresów? Niemniej to drobnostki niemające żadnego wpływu na odbiór
serii. Jedyne, co mi się nie podobało tak naprawdę, to słaba animacja w
mikroserii Science lessons. Postacie w SD wyglądały naprawdę słabo. Ładnie
zrobiło się w dwóch ostatnich odcinkach.
Muzyka była dobra, choć
nieszczególnie zapadła mi w pamięć. Niemniej warto o niej wspomnieć, bo melodia
z finału dźwięczy mi w uchu do tej pory.
Podsumowanie
Dobra seria zarówno od Gainaxa jak i (co
niesamowite) od Anno. W zasadzie podsumować mogę prostym zdaniem: Piękna i
melancholijna seria. Najlepsze anime wydane przez tę wytwórnie. Ocena jest dla
mnie trudna, dlatego iż pasuje mi wszystko między 7 a 9 Tetsujinów, zatem:
Master Gundam to MS skonstruowany dla Mistrza Asii na 13 Gundamowy turniej. Projekt Master Gundama miał w pełni odwzorować styl walki zwycięscy 12 turnieju przez co jego konstrukcja skupia się na precyzji i szybkości zadawania ciosów niż na pancerzu.
Zawartość pudełka
Korpus
Korpus to klasyk. To standardowa konstrukcja będąca łącznikiem dla reszty elementów. Ani nie trzeba było się tu specjalnie męczyć z panelowaniem czy dopasowywaniem elementów. Jedyne trzeba było zrobić to dokładnie oczyszczać je z nadmiernego plastiku.
Głowa
Kolejny prosty element, którego jedynym denerwującym elementem jest rozmiar elementów i koniecznością ich dokładnego spanelowania i co gorsza naklejenie jeszcze tych nieszczęsnych oczu.
Ręce
Kolejny standardowy element, którego główną charakterystyką jest spora liczna bardzo ładnie wyrzeźbionych manipulatorów
Nogi
Tutaj też jakiś specjalnych problemów nie było. Jedyne trzeba było uważać aby odpowiednie PoliCapy trafiły tam gdzie powinny, albo żeby o nich nie zapomnieć, co niestety czasami mi się zdarza. No i znów malowanie markerem.
Krocze
Brak zdjęcia gotowego elementu... Przepraszam. Masterową sukienkę też niby można przeciąć, aby płyty były niezależne, niemniej w tym wypadku trzeba szczególnie uważać, bo element jest mniejszy niż zazwyczaj.
Tuż przed złożeniem
I po złożeniu
Skrzydła
Podstawowa osłona Master Gundama, to jego skrzydła-płaszcz. Którego konstrukcja jest dość prosta. Niemniej irytowały mnie naklejki, które częściowo zastąpiłem markerem a z czasem pewnie i te co się na modelu jednak znalazły, pewnie też znikną.
Fuunsaiki
Element, który dla wielu jest najciekawszą częścią zestawu, ale niestety starcie z rzeczywistością jest nieco smutnawe. Głównie dlatego, że Funi ma bardzo ograniczoną artykulacje i niestety niewiele można z nim cokolwiek zrobić. Do tego żółte elementy trzeba było pokolorować markerem. Wielka szkoda jednym słowem. Niemniej Funi i tak jest zajebisty ;).